508 051 555, 604 534 354 info@slowtravel.pl

Filmowe opowieści o miłości kręcone w Krakowie

Filmowe opowieści o miłości kręcone w Krakowie

Jednym z pomysłów na spędzenie Walentynek jest wypad do kina na komedię romantyczną. W tym roku ze względu na epidemię jest to znacznie trudniejsze.

W oczekiwaniu na lepsze czasy postanowiliśmy dokonać przeglądu filmów z historiami miłosnymi, niekoniecznie tylko komedii romantycznych, których akcja rozgrywa się w Krakowie.

Kiedy miłość była niema

Pierwszym filmem jaki kręcono w Krakowie z wątkami miłosnymi był film… niemy.  Nakręcony w 1927 roku pod tytułem „Mogiła nieznanego żołnierza”, to epicki melodramat w stylu hollywoodzkiego „Pearl Harbor”, oczywiście na miarę swojej epoki. Film pokazuje polskie dzieje od wybuchu I wojny światowej aż do zakończenia wojny polsko-bolszewickiej. Główne bohaterki (Nina Olida, Maria Malicka) przebywają w Krakowie, dzięki czemu możemy zobaczyć wiele unikalnych ujęć. Np.słynną kawiarnię „Esplanade” na rogu ulicy Karmelickiej i Podwale, willę Rożnowskich pod Wawelem, widoki z kopca Kościuszki w stronę Błoń i dzisiejszego miasteczka studenckiego. Mężczyźni ich życia, mężowie, narzeczeni i ojcowie opuszczają Kraków na początku filmu, udając się na front. Niestety jest to melodramat i poszukiwacze szczęśliwych zakończeń będą rozczarowani.

Wiele wskazuje na to, że Kraków nie był zbyt lubianym miejscem przez filmowców. Jeden z filmów pokazujący wymarsz I Kadrowej z Oleandrów nakręcono w … Poznaniu. Z tego powodu ciężko znaleźć inne tytuły zrealizowane w Krakowie z historią miłosną.

W zasadzie warto wymienić jeszcze – już dźwiękową – produkcję „Królową przedmieścia” z 1938 roku. Niestety, Kraków widać jedynie przy napisach początkowych i otwierającej scenie między straganami koło „Adasia”.

Miłość w PRLu

Powojenne filmy w większości uległy zapomnieniu. Kraków pojawia się w nich często, ale w tych o miłości – dość rzadko.

Warto przypomnieć film obyczajowy z 1961 roku „Drugi Człowiek”.  Karol (Jan Machulski), po odbyciu kary więzienia za spowodowanie wypadku, jadąc tramwajem, ratuje Elżbietę (Wanda Koczewska) z rąk chuliganów. Między nim a panią konserwator zabytków budzi się uczucie. W filmie pojawia się plejada znakomitych aktorów: Irena Kwiatkowska, Barbara Wrzesińska, Teresa Tuszyńska, Wacław Kowalski, Andrzej Szczepkowski i Józef Nowak. Dodatkową atrakcją jest udział w roli samych siebie artystów z Piwnicy pod Baranami, z Piotrem Skrzyneckim na czele. 

W filmie pokazanych jest wiele miejsc – Rynek Główny, Sukiennice od wewnątrz, ulica Grodzka, plac Wszystkich Świętych (ówczesny plac Wiosny Ludów), kombinat w Nowej Hucie i nowohuckie osiedla.

Widok ludzi  stojących na stopniach otwartych drzwi tramwaju i pędzące po Rynku samochody (głównie Warszawy) to dla osoby znającej współczesny Kraków niezwykłe widoki.
 

Pochodzący z 1962 roku film „Dziewczyna z dobrego domu” jest komedią. Akcja toczy się w ostatnich godzinach starego roku i rankiem następnego dnia. Joanna (Krystyna Stypułkowska) zamiast spotkać się ze swoim narzeczonym jadącym z Katowic na imprezę pod miastem, zawraca i rzuca się w wir sylwestrowych zabaw. Towarzyszy jej kolega narzeczonego Tadeusz (Tadeusz Janczar) . Jej tropem podąża narzeczony (Ignacy Gogolewski). Joanna podczas zabawy, przypadkiem spotyka kochankę swojego narzeczonego (Elżbieta Czyżewska). Finału tej historii łatwo jest się domyślić. Warto ten film obejrzeć ze względu na obsadę aktorską (m. in Elżbieta Czyżewska i Tadeusz Janczar) i zobaczyć jak na początku lat 60 wyglądał Rynek, ulice Grodzka i św. Anny.

Miłość w kostiumach

Film może też opowiadać historię miłosną sprzed stuleci. O tym jest „Epitafium dla Barbary Radziwiłłównej” (1982) z Anną Dymną i Jerzym Zelnikiem w głównych rolach. Chociaż film jest opowieścią o wielkiej miłości króla Zygmunta II Augusta do Barbary Radziwiłłównej to Kraków, a w zasadzie zamek królewski na Wawelu odgrywa smutną rolę – miejsca wyruszenia trumny ze zmarłą Barbarą na Litwę. Cała historia związku króla z piękną Litwinką jest opowiedziana w formie retrospekcji. 

Kolejne filmy, których akcja dzieje się w już mniej odległej przeszłości, również nie opowiadają szczęśliwych historii.  

Miłość Belle Epoque

Serial „Z biegiem lat, z biegiem dni” w reżyserii Andrzeja Wajdy, to jedno z jego, niestety zapomnianych, dzieł. Powstał on po sukcesie siedmiogodzinnego spektaklu w jego reżyserii na deskach Teatru Słowackiego. Z połączenia sztuk m. in. Gabrieli Zapolskiej, Michała Bałuckiego, Juliusza Kaden-Bandrowskiego powstała historia rodzin Chomińskich i Dulskich na tle Krakowa przełomu XIX i XX wieku oraz początku I wojny światowej.  W ekranizacji wystąpiła cała ówczesna czołówka krakowskich aktorów teatralnych jak: Anna  Polony, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jerzy Bińczycki, Izabella Olszewska, Jerzy Grąbka, Jerzy Trela, Jerzy Stuhr i wielu, wielu innych.

Jednym z wątków jest nieszczęśliwa, niespełniona miłość Julii „Szalonej Julki” Chomińskiej (Teresa Budzisz Krzyżanowska)  z „dobrego” mieszczańskiego rodu, która pragnie zostać malarką. Zakochuje się w ubogim, utalentowanym poecie Jerzym Boreńskim (Jerzy Radziwiłłowicz). 

Ostatecznie Julia wychodzi za mąż za niekochanego sędziego Aleksandra Rolewskiego (Aleksander Buszewicz). Cztery lata później przeżywa ponowny poryw serca, gdy jej ukochany Jerzy, opromieniony sławą poeta, wraca z Paryża. Kobieta jest gotowa dla niego porzucić męża. Nie wie, że Boreński wrócił do Krakowa śmiertelnie chory, jedynie po to, by umrzeć. Julia zostaje przy nim do samego końca.

Sceny kręcone w plenerze są niezwykle interesujące, ponieważ dokumentują Kraków z roku 1980 i widać m. in. rusztowania na Hejnalicy Mariackiej. W filmie pojawiają się ulice Szpitalna, Reformacka, Kanonicza, Floriańska czy Teatr Słowackiego. Warto temu serialowi poświęcić czas i go obejrzeć, chociaż szkoda, że jak dotąd nie doczekał się rekonstrukcji cyfrowej. Dostępne kopie są niestety fatalnej jakości.  

 Miłość miniona

Nikt tak nie potrafi opowiedzieć o miłości w gorzko-słodki sposób w stylu komediowym jak Jerzy Stuhr. Jego film „Spis cudzołożnic” z roku 1994 jest chyba najbardziej „krakowskim” z wszystkich filmów kinowych o podwawelskim grodzie.

Gustaw (Jerzy Stuhr) jest polonistą, pracownikiem naukowym UJ, który otrzymuje przewodnickie zadanie – ma oprowadzić pewnego szwedzkiego humanistę po Krakowie. Tego ostatniego nie interesują zabytki, ale damskie towarzystwo.  Gustaw sięga więc do notesika, gdzie ma adresy wszystkich swoich dawnych, spełnionych i niespełnionych miłości, miłostek i fascynacji. Podczas usilnych poszukiwań, niezbyt udanych, obaj bohaterowie wędrują po Krakowie. Podróż w czasie okazuje się bardzo gorzka.

Po raz kolejny wędrujemy po ulicy Grodzkiej i Rynku. Od czasu nakręcenia filmu minęło sporo lat, więc najciekawsze są dostrzegane zmiany w mieście. Szczególnie niesamowicie wyglądają Aleje Trzech Wieszczów za plecami Gustawa. Scena jest dostatecznie długa, by zadziwić się, jak małe było natężenie ruchu na jednej z najbardziej ruchliwych arterii miasta.

Miłość nieziemska

Kraków to takie miasto, w którym zakochać się może nawet anioł . Anioł Giordano (w tej roli Krzysztof Globisz) jest bohaterem dwóch filmów „Anioł w Krakowie” z 2002 roku i jego kontynuacji „Zakochany Anioł” z 2005 roku. O ile w pierwszej części Giordano na skutek intryg trafia  do Poland zamiast Holland (tak, tak, językiem urzędowym niebiańskiej biurokracji jest angielski !) i wędrując po Krakowie zaznaje przyjaźni, to już tytuł kontynuacji nie zostawia wątpliwości o jego uczuciach. Anioł zakochuje się w pięknej pani psycholog (Anna Radwan). Historia ma szczęśliwy finał, miłość mimo początkowych trudności zwycięża i „żyli długo i …mieli bardzo dużo kasy” (cytat z filmu, aby wiedzieć o co chodzi trzeba zobaczyć film do końca).

W „Zakochanym Aniele” pojawia się wiele zakątków miasta, choć nie ma na przykład Rynku Głównego, jak w części pierwszej. Pojawiają się Planty, ulice Poselska, Gołębia, św. Jana, Plac Nowy i słynny z „Listy Schindlera”  dziedziniec przy ul. Józefa 12, ale najważniejsze sceny rozgrywają się obok synagogi Izaaka i przy stołach do gry w szachy nad Wisłą niedaleko Wawelu. 

Miłość romantyczna z happy endem

Niemal wzorcową komedią romantyczną z Krakowem w tle jest „Nie kłam kochanie” z 2008 roku.

W rolę główną Marcina, potomka krakowskich mieszczan, uwodziciela i lekkoducha, wcielił się obdarzony talentem komediowym Piotr Adamczyk. Aby odziedziczyć majątek obiecany przez ciotkę z Anglii, musi się ożenić. Wszystkie dotychczasowe dziewczyny nie chcą go znać, więc na spotkanie z ciotką w Krakowie jedzie w roli „narzeczonej”  wybrana  zupełnie przypadkowo Ania, pracownica firmy zajmującej się pielęgnacją roślin (Marta Żmuda Trzebiatowska). Powoli, między dwojgiem bohaterów rodzi się uczucie, a pomaga temu niewątpliwie romantyczna atmosfera uliczek Starego Miasta i Kazimierza.

Utrapieniem dla realizatorów filmu byli włoscy turyści. Kojarzyli oni Piotra Adamczyka z rolą Jana Pawła II z bardzo popularnego w ich kraju filmu „Karol, człowiek, który został papieżem” i jego kontynuacji.

Nie istnieje właściwie film pozbawiony błędów dotyczących rzeczywistego położenia pokazywanych miejsc. Zgodnie z tą “tradycją” również i w tym filmie pojawiają się nieścisłości. Tym razem para bohaterów  słuchając hejnału patrzy w niewłaściwą stronę. Kamienica, w której mieszkają rodzice głównego bohatera ma salę jadalną, którą udaje restauracja Wierzynek na linii EF Rynku, a nazajutrz para otwiera okna sypialni na linii AB, czyli dokładnie po drugiej stronie. Nieco później widzimy z kolejnego pokoju widok na kościół Mariacki, taki jak z Pałacu Krzysztofory (czyli linia CD). Dodajmy do tego, że sień i klatka schodowa tego mieszkania znajdują się w kamienicy Montelupich, czyli na linii… GH. Przestawienie przy tym straganów kwiaciarek przy wylocie ulicy  Sławkowskiej wydaje się już drobiazgiem.

Przy tych wszystkich zastrzeżeniach  należy stwierdzić,  że jest to bardzo sympatyczny,  jeden z lepszych filmów pokazujący Kraków jak na pocztówkach.

Mocne „wejście” z efektownymi scenami z Rynku Głównego i Kopca Kościuszki ma kolejna komedia „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” z 2016 roku. Niestety, po napisach początkowych, jest już tylko … Warszawa.

Kończąc przegląd filmów o miłości kręconych w Krakowie, można stwierdzić, że jak na miasto pełne romantycznych miejsc, którego pokolenia mieszkańców przeżyły niejedną wielką miłość, nie ma zbyt wielu filmów w tym gatunku.

Miejmy nadzieję, że jest pośród nas scenarzysta, który wreszcie napisze wspaniałą historię, a zdolna ekipa filmowa nakręci film, do którego będziemy wracać równie chętnie jak do „Kevina samego w domu” 😉

p.s. Filmy z historiami miłosnymi kręcone w Krakowie nie wyczerpują rzecz jasna tematu. O najnowszych serialach z miłością i Krakowem w tle opowiemy Wam wkrótce. Podpowiemy także, w których produkcjach bollywodzkich można podziwiać piękno Krakowa.

50N20E – czyli Kraków

Kilka dni temu korzystając z pięknej jesiennej pogody dotarliśmy do miejsca, które jest wyjątkowe.

Oznaczane jest w postaci zapisu 50N20E.

Co ten zapis właściwie oznacza?

Są to współrzędne geograficzne pewnego punktu znajdującego się blisko południowej obwodnicy Krakowa, w granicach administracyjnych miasta.

50N20E

50N – oznacza 50. stopień szerokości geograficznej północnej, z kolei 20E oznacza 20. stopień długości geograficznej wschodniej. W uproszczeniu możemy przyjąć, że to współrzędne geograficzne Krakowa.

Zgadzacie się z nami, że to bardzo „okrągłe” liczby?

A teraz krótka lekcji geografii – dla przypomnienia 🙂

Każdy punkt na ziemi posiada dwie współrzędne – szerokość geograficzną oraz długość geograficzną. Zasadą jest, że najpierw podaje się szerokość geograficzną, a następnie długość geograficzną. W prawidłowym zapisie trzeba uwzględniać kąt w stopniach (°), minutach (′) i sekundach (″). Należy także podać kierunki geograficzne korzystając ze skrótów anglojęzycznych – N, S, W, E, gdzie: N – North – oznacza północ, S- South – południe, W- West – zachód, a E – East – wschód.

Szerokość geograficzną mierzy się od równika, czyli równoleżnika zerowego na północ lub południe. Szerokość geograficzna bieguna północnego wynosi 90°, a wszystkie punkty położone na północ od równika mają dodatnie wartości (określane przez skrót N).

Jeśli umownie narysujemy na powierzchni Ziemi koło przechodzące przez oba bieguny, to powstanie na kuli ziemskiej linia, która nazywa się południkiem, bo wszystkie punkty położone na tej linii mają południe (moment, kiedy Słońce jest najwyżej na niebie) dokładnie w tym samym momencie.

I to właśnie długość geograficzna liczona jest od południka zerowego (ponieważ tak się umówiono), przechodzącego przez obserwatorium astronomiczne w Greenwich (dzielnica Londynu). Miejsca położone na wschód od południka zerowego aż do południka 180° – oznaczone są skrótem E.

50N20E

Południki i równoleżniki o okrągłych wartościach

Większość z miejsc określanych poprzez okrągłe wartości znajduje się na morzach i oceanach. W Polsce jedynym miejscem, na terenie którego przecinają się południk z równoleżnikiem o wartości pełnych dziesiątek jest Kraków. I mamy tu na myśli wszystkie miejsca. Zarówno te w lasach, jak i na wodach, czy na terenach zabudowanych.

Jedynymi miastami w Europie, oprócz Krakowa, które mają takie okrągłe współrzędne geograficzne są Sankt Petersburg (60N30E) oraz Oslo (60N10E).

Kto i kiedy wyznaczył krakowski punkt przecięcia 50N20E?

20 lat temu, w lipcu 2000 r, w pobliżu miejsca, gdzie miano wybudować fragment autostrady A4, specjalny zespół geodetów z AGH pod kierownictwem rektora AGH, prof. Ryszarda Tadeusiewicza, w obecności dziennikarzy i zainteresowanych osób, używając odbiornika GPS zidentyfikował to miejsce.

Na wyświetlaczu pojawiły się oczekiwane liczby: 50°00’00” oraz 20°00’00”.

Czyż to nie dowód na to, że Kraków jest miastem unikatowym nie tylko w skali Polski?

50N20E punkt przecięcia

Jak dotrzeć do krakowskiego punktu przecięcia 50N20E?

Punkt ten znajduje się pomiędzy dawnymi miejscowościami: Rżąka i Kosocice. I de facto można dość łatwo do niego dotrzeć.

punkt przecięcia

Korzystając z komunikacji miejskiej można dostać się do przystanku Prokocim Szpital. I tam na przystanku oznaczonym tą samą nazwą, znajdującym się przy ul. Teligi, wsiąść w autobus linii 133 i pokonać nim zaledwie 4 przystanki (8 minut jazdy). Następnie wysiąść przy ul. Słona Woda i stamtąd do pokonania pieszo pozostanie odcinek zaledwie 800 m.  Można to doskonale zobaczyć na załączonym powyżej zrzucie z ekranu. Na mapie google miejsce przecięcia jest również zaznaczone w bardzo oczywisty sposób.

Miejsce przecięcia się oznaczone jest płytami chodnikowymi, tworzącymi coś w rodzaju małego, kwadratowego placyku. Od placyku tego odchodzą w cztery strony krawężniki, pokazujące jednocześnie przebieg wspomnianego równoleżnika i południka. Dość trudno będzie odnaleźć to miejsce pod grubą warstwą liści czy śniegu, ponieważ nie istnieje już tabliczka informacyjna, którą tu kilka lat temu postawiono.

Kolejne przecięcie równoleżnika z południkiem o pełnej wartości (czyli 50N21E) znajduje się w Tarnowie, czyli też w Małopolsce.

Filmowa stacja w Kasinie Wielkiej

Znana i nieznana stacja kolejowa w Kasinie Wielkiej

Co może łączyć tak różne tytuły filmowe jak: słynna „Lista Schindlera” Stevena Spielberga, „Katyń” Andrzeja Wajdy czy „Karol, człowiek, który został papieżem” Giacomo Battiato?  Tym łącznikiem jest stacja kolejowa w Kasinie Wielkiej, w Beskidzie Wyspowym, w powiecie limanowskim. A właściwie to jej mały, ale bardzo urokliwy budynek stacyjny.

stacja w Kasinie Wielkiej

O budowie stacji kolejowej w Kasinie Wielkiej

Stację w Kasinie zbudowano  w roku 1884 r. Jej budowa była częścią wielkiej inwestycji cesarstwa Austro-Węgier, tzw. Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Powodem jej powstania były austriackie plany militarne stworzenia,  w przypadku rosyjskiej agresji, alternatywnego połączenia kolejowego z Wiednia do Lwowa.

Trasa miała prowadzić przez rejony górskie Karpat.  Jej powstanie miało również być impulsem do rozwoju gospodarczego tego regionu. Głównymi stacjami miały być Żywiec, Sucha Beskidzka, Nowy Sącz, Jasło, Krosno, Sanok, Zagórz, Chyrów, Sambor,  Drohobycz, Stryj i Stanisławów. Jej łączna długość wynosiła 768 km, w tym 577 km  było nowo zbudowanych . 

Poza wymienionymi stacjami był też szereg mniejszych obiektów i jedną z nich była stacyjka w Kasinie Wielkiej. To, co wyróżnia ten niepozorny budynek to fakt, że była to najwyżej położona na trasie stacja na polskich ziemiach (570 m n.p.m).

Kasina Wielka - stacja kolejowa

Otwarcie linii odbyło się z wielką pompą. Fakt ten upamiętnia płyta pamiątkowa na fasadzie budynku. Umieszczono ją w setną rocznicę śmierci budowniczego odcinka od Suchej Beskidzkiej do Nowego Sącza. Był nim inżynier Apolinary de Dziula Dziewolski (1842-1918), absolwent jednego z wiedeńskich uniwersytetów. 

16 grudnia 1884 r. podczas uroczystego otwarcia ruchu pociągów,  sam cesarz Franciszek Józef I  w dowód uznania udekorował Dziewolskiego złotą szpilą z brylantem, wyjętą z własnego krawata.

Historia stacji w Kasinie Wielkiej podczas I i II wojny światowej

Kolej Transwersalna dobrze spełniała swoją rolę w pierwszych miesiącach pierwszej wojny światowej. To tędy przemierzały transporty wojsk przerzucanych do tzw. operacji limanowsko-łapanowskiej w grudniu 1914 r. 

W czasach niepodległej Polski linia ta była z powodzeniem wykorzystywana do przewozu pasażerów i towarów. 

W czasie II wojny światowej, 2 sierpnia 1944 oddział Armii Krajowej wysadził niemiecki pociąg z transportem, blokując ten ważny szlak kolejowy. Fakt ten upamiętnia druga z tablic pamiątkowych umieszczonych na fasadzie bydynku stacyjnego.

Filmowa stacja w Kasinie Wielkiej

Powojenna historia stacji w Kasinie Wielkiej

Po wojnie był to nadal ważny szlak  kolejowy. Niestety, podmycia przez kolejne powodzie, brak pieniędzy na modernizację linii, doprowadził do jej zamknięcia. W tej sytuacji sama stacja w Kasinie Wielkiej przestała pełnić swą funkcję.

Wyjątkiem są letnie weekendy, kiedy to ożywia się ruch na stacji. Wówczas od strony Chabówki przyjeżdża pociąg retro składający się z dawnych wagonów z tamtejszego skansenu kolejowego, ciągnięty przez lokomotywę. Dla miłośników nieśpiesznej podróży, w dawnym stylu, stanowi to niewątpliwie wielką atrakcję i okazję do podziwiania malowniczych krajobrazów Beskidu Wyspowego.

Polskie koleje sprzedały budynek nieczynnej stacji prywatnemu właścicielowi. W 2015 roku budynek stacji wyremontowano i przekształcono w dom z pokojami do wynajęcia. Tuż obok znajduje się stacja narciarska na Śnieżnicy. W związku z tym “Stacja Kasina” może być dobrym rozwiązaniem dla wszystkich miłośników zimowego szaleństwa, którzy chcą przenocować tuż przy trasie narciarskiej.

Stacja kolejowa w Kasinie Wielkiej – czyli o scenach filmowych, które tam były kręcone

Wygląd typowej małej stacji sprzed ponad stu lat, brak regularnego ruchu kolejowego a zarazem działające połączenie ze skansenem w Chabówce, gdzie można wynająć historyczne lokomotywy i wagony, stały się powodem, dla którego filmowcy upodobali sobie stacyjkę w Kasinie Wielkiej.

Lista Schindlera na stacji w Kasinie Wielkiej
Stopklatka z filmu “Lista Schindlera” , 1 min 54 sek filmu, prod. Universal Pictures

Przypomnijmy zatem tytuły filmów, jakie tutaj zostały nakręcone :

  • Lista Schindlera (1993 r.), pierwszy film nakręcony w Kasinie, stacja występuje pod własną nazwą
  • Boże Skrawki (2001)
  • Karol. Człowiek, który został papieżem (2005), w tym filmie stacja w Kasinie Wielkiej “odgrywa rolę” stacji w Wadowicach
  • Szatan z siódmej klasy (2006) w nowej ekranizacji
  • Katyń (2006), na stacji w Kasinie kręcono sceny pokazujące miejsce wywózki polskich oficerów do obozów przejściowych
  • Szpiedzy w Warszawie (2012) polsko-brytyjski mini serial
  • Piłsudski (2018), w którym stacja w Kasinie Wielkiej została ucharakteryzowana na stację w Bezdanach, gdzie grupa bojowa PPS napadła na rosyjski pociąg pocztowy.

Wszystko na to wskazuje, że przygoda stacji z kinem będzie trwała nadal przez kolejne lata.

W czerwcu tego roku do Kasiny dotarła kolejna ekipa filmowa pracująca nad ekranizacją powieści Marka Krajewskiego „Erynie”, której akcja toczy się we Lwowie i Wrocławiu.

W jakiej roli wystąpi „filmowa stacja” w Kasinie Wielkiej, dowiemy się w przyszłym roku, gdy film będzie gotowy.

Cittaslow w Polsce

Czy słyszeliście o citttaslow w Polsce? Co to w ogóle jest?

Ruch Cittaslow (dosłownie: “Wolne Miasta”) powstał we Włoszech w 1999 r. Inspiracją dla Cittaslow była organizacja Slow Food (jako zaprzeczenie dla Fast Food’ów). Czym jest regionalna, jakościowa kuchnia, korzystająca z tradycyjnych przepisów i produktów, czyli Slow Food –  zapewne wszyscy wiemy. Ale co oznacza pojęcie: „cittaslow”?

Cittaslow – to miasta, w których ważna jest jakość życia. Ich mieszkańcy zwracają uwagę na ochronę środowiska, promocję tradycyjnych lokalnych produktów, by tę jakość życia jeszcze polepszyć.

Pełne członkostwo w Cittaslow dostępne jest tylko dla miast liczących mniej niż 50 tys. mieszkańców. Miasta te popierają i wdrażają cele Cittaslow.

A co z Polską?

W Polsce  jeszcze niedawno było tylko 6 miast przynależących do Cittaslow. 5 z nich znajduje się w województwie warmińsko- mazurskim:  Biskupiec, Bisztynek, Lidzbark Warmiński, Nowe Miasto Lubawskie, Olsztynek, Reszel  i Ryn i tylko jedno -Murowana Goślina w  Wielkopolsce.

Obecnie lista jest znacznie dłuższa. Szereg miast przystąpiło do Cittaslow w 2015 r, kiedy to też powołano Stowarzyszenie „Polskie Miasta Cittaslow”. Poza wyżej wspomnianymi miastami członkami polskiego Cittaslow są również:

–  z województwa warmińsko – mazurskiego: Lubawa, Barczewo, Dobre Miasto, Gołdap, Górowo Iławeckie, Nidzica, Bartoszyce, Pasym, Jeziorany, Braniewo, Wydminy, a także Orneta, Lidzbark, Działdowo i Sępopol.

–  2 miasta z opolskiego: Prudnik i Głubczyce, a z poniższych województw tylko po jednym:

– z województwa lubelskiego: Rejowiec Fabryczny

– ze śląskiego: Kalety

– pomorskie reprezentuje : Nowy Dwór Gdański

– z zachodniopomorskiego: Sianów

– reprezentantem łódzkiego jest: Rzgów

– a mazowieckiego: Sierpc.

W sumie 29 miast na chwilę obecną.

Cittaslow w Polsce

Ten wpis nie jest naukową rozprawą na temat „Wolnych miast”, zatem nie przytoczę tu oficjalnych wymogów, które dotyczą każdego z tych miejsc. W skrócie – żeby takim Cittaslow móc zostać, trzeba spełnić różne wymagania dotyczące ochrony środowiska czy alternatywnych źródeł energii. Mowa tu również o obszarach zielonych czy dostępności miejsc publicznych dla osób niepełnosprawnych. Mało tego -nawet o konieczności ograniczenia głośności alarmów np. samochodowych.

Czy ma to jakieś przełożenie na turystów?

Nas zdecydowanie bardziej zainteresuje, jak ta kwestia wygląda z punktu widzenia turysty. Nieprawdaż?

Zatem warto wiedzieć, że każde z tych miast musi zapewnić ogólnodostępne toalety publiczne, co jak wiemy nie wszędzie jeszcze jest standardem.  Ponadto w każdej z tych miejscowości powinny istnieć listy typowych produktów lokalnych o określonej jakości. Powinien powstać przewodnik po mieście w ramach ruchu „slow”. Z kolei w lokalnych informacjach turystycznych odwiedzający ma mieć możliwość uzyskania wyczerpujących informacji na ten temat. Trasy turystyczne z założenia mają być dobrze oznaczone, a miasto po prostu przystosowane do obsługi turystów i gościnne.   

Najważniejszym elementem w całej tej układance są niewątpliwie mieszkańcy, których zachęca się, żeby „żyli powoli”, co ma poprawić jakość ich życia.  Żeby docenili miejsce, w którym żyją, trochę zwolnili, mniej nastawiali się na wydajność, a bardziej na solidarność z innymi mieszkańcami. Żeby szanowali to, co lokalne i przyrodę, która ich otacza. Docenili lokalny koloryt, korzystali z darów natury, bez produktów genetycznie modyfikowanych.

Turysta z kolei odwiedzając jedno z tych miast ma mieć pewność, że w tym małym mieście dobrze się żyje, choćby ze względu na bliskość natury, produkty dobrej jakości czy silne wspólnoty lokalne.

Jak możecie zauważyć, Cittaslow to niejako marka, którą wymienione wyżej miasteczka mogą przyciągnąć wycieczkowiczów zainteresowanych odpoczynkiem w niedużym mieście. W takim mieście z reguły życie płynie wolniej. Dodatkowo panuje tam przyjazna atmosfera, a oferowane usługi są na odpowiednim poziomie.

Może to mieć także przełożenie na turystykę, która zwłaszcza teraz – w COVID-owej rzeczywistości jest turystyką głównie krajową nastawioną na odkrywanie smaków regionalnych, lokalnych tradycji i kultury.

Teoria od praktyki często się różnią

No dobrze – to już poznaliśmy teoretyczne założenia. A jakie są realia? Tu już różnie bywa. Władze niektórych miasteczek po akcesji do Cittaslow traciły zainteresowanie zrównoważonym rozwojem swoich miejscowości. Z kolei inni inwestowali i nadal to robią w lokalność, dziedzictwo kulturowe, dbają o środowisko naturalne. Mieszkańcy też nie zawsze rozumieją, o co chodzi z tym ślimakiem w logo. Ślimak kojarzy im się często z lenistwem i brakiem rozwoju. Tymczasem oni sami bardziej cenią sobie możliwości, jakie stwarza świat konsumpcji i szybkiego życia. Zatem każdy przypadek jest nieco inny.

W tym roku – prawdopodobnie już w październiku – Olecko, Morąg i Szczytno  mają dołączyć do grona Cittaslow. Mielibyśmy wówczas łącznie 32 miasta Cittaslow w Polsce.

Obecnie na całym świecie do ruchu należy 266 miast z 30 krajów. Siedzibą biura Międzynarodowej Sieci Miast Cittaslow jest włoskie miasto Orvieto.

Wiecie już, że zdecydowana większość tych miast położona jest w województwie warmińsko- mazurskim, a poza tym regionem  – nie ma zbyt wielu reprezentantów polskich Cittaslow.


Miałam okazję kilka z tych miast odwiedzić jako turystka, czy nawet zawodowo z grupami turystów. Lubię małe miasta, lubię odkrywać miejsca mniej znane, gdzie czas jakby się zatrzymał.

Sama jednak jestem ciekawa, jak się w takim polskim Cittaslow żyje na co dzień i czy mieszkańcy utożsamiają się z tą ideą.

Reszel polskie cittaslow

Raduś – niespodziewany przerywnik w podróży

To już ostatni post wprowadzający do tematyki slow travel. Tym razem zahaczy on dość mocno o nasze osobiste doświadczenie z powolnym podróżowaniem.

Opowiemy Ci o tym, co może się zdarzyć, gdy podróżujesz do jakiegoś miejsca z przesiadkami, środkami transportu publicznego i nie masz żadnej presji czasowej.

Był piękny sierpniowy dzień. Udaliśmy się na krótki wyjazd, żeby naładować baterie i oderwać się od zatłoczonego Krakowa. Naszym celem był Kazimierz Dolny. Zresztą nie po po raz pierwszy.

Również nie po raz pierwszy wybraliśmy pociąg jako środek transportu. W podróży niekoniecznie wygody i szybkie przemieszczanie się samochodem są dla nas najważniejsze. Podróżując pociągiem możemy wreszcie czytać książki, przeglądać mapy itp, a nie skupiać się wyłącznie na bezpiecznej jeździe. Trwa to oczywiście odpowiednio dłużej, ale już sama podróż sprawia nam radość, nie tylko sam fakt dotarcia do celu.

Z uwagi na to, że pociąg nie docierał do Puław, skąd można dostać się busem do Kazimierza Dolnego, dojechaliśmy nim tylko do Radomia. W Radomiu musieliśmy odnaleźć właściwy przystanek autobusowy i złapać busa do Puław. Nic nie wskazywało na to, że za chwilę coś się zmieni w naszym życiu,

Niemal natychmiast nadjechał bus. “Wspaniale, mamy szczęście” – pomyśleliśmy. “Czy znajdą się dwa wolne miejsca?, zapytaliśmy – na co kierowca odpowiedział krótko “jedno siedzące, a pan musi stać”…. Tomasz liczy 1,87 m wzrostu i zwyczajnie się nie wyprostuje stojąc w busie, poza tym podróżujemy bezpiecznie. “To dziękujemy, zaczekamy na następną możliwość” odpowiedzieliśmy.

Podeszłam do wiaty przystankowej, by spojrzeć na rozkład jazdy i stawiając torbę na ławce zauważyłam, że coś się we mnie wgapia. Patrzył wprost w moje oczy wydając bezgłośne dźwięki. Stał za przeszkloną ścianą wiaty przystankowej położoną między dworcem autobusowym w Radomiu i ruchliwą dwupasmową ulicą Beliny-Prażmowskiego.

Zawołałam go. Podbiegł skacząc na trzech łapkach, położył się na boku, a kiedy go pogłaskałam wydał kojący dźwięk, jakie wydają zwierzaki z jego rodziny. Niestety nie można było tego samego powiedzieć o jego zapachu, zwyczajnie śmierdział….. Hm, co tu robić. On nie może tu zostać sam, pomyśleliśmy. Po pierwsze, jest tam ruchliwa ulica, po drugie wygląda jak siódme nieszczęście, jest chudy i zaniedbany i nie wiemy co się stało z jego łapką, używa tylko trzech pozostałych. Przecież nic nie upoluje w takim stanie, tam nawet nie ma żadnej kałuży…..

Nie było czasu na zastanawianie się. Szczęśliwie do następnego busa mieliśmy 35 minut, dużo i mało zarazem. Tomek podszedł do najbliższej budki z fast foodami zapytać, czy ktoś nie chce przygarnąć małego futrzaka. W schronisku dla zwierząt powiedzieli nam, że mogą po niego przyjechać za jakiś tam czas, ale taki mały, schorowany zwierzak ma małe szanse na przeżycie.

Decyzję podjęliśmy jednomyślnie. Tomek zorganizował kartonowe pudełko, zwierzaczek wylądował w środku, wcale się nie opierając. Sympatyczny kierowca busa stwierdził, że on też bardzo lubi koty i nie ma nic przeciwko takiemu pasażerowi, zatem ruszyliśmy w godzinną podróż do Puław. W czasie podróży sprawdziliśmy, jak dojść do kliniki weterynaryjnej.

Kotek chyba wyczuł, że jego los zaczyna się odmieniać, bo rozprostował się na całą szerokość pudełka i smacznie zasnął. Oczywistą rzeczą było dla nas to, że już go nie zostawimy. Martwiliśmy się tylko, czy kotek przeżyje, bo ta sytuacja to było typowe zabranie z ulicy kota w worku. Nie wiedzieliśmy, co mu się przydarzyło i jak poważne ma problemy.

Trzeba było mu wymyślić jakieś imię. Ponieważ kotek został znaleziony w Radomiu, był małym kotusiem, który przyniósł radość, zatem wybór był oczywisty, musiał nazywać się RADUŚ.

W Puławach zgłosiliśmy się do weterynarza. Młody pan weterynarz wykonał wszystkie potrzebne badania, zdiagnozował świerzb i pchły. Kotek miał również w dwóch miejscach złamaną tylną łapkę. Największym problemem była jednak koprostaza, ponieważ groziła rozerwaniem jelit – kotek nie jadł od jakiegoś czasu, ani nie pił i w efekcie nie wypróżniał się od dłuższego czasu.

Okazało się, że ratowanie kotka nie wpłynie na nasze zaplanowane miniwakacje. W klinice weterynaryjnej można było zostawić Radusia na dwie noce pod opieką lekarzy, a my tymczasem ruszyliśmy w ostatni etap naszej podróży.

Na drugi dzień otrzymaliśmy telefon z informacją, że kotek je, wypróżnia się i chce się bawić. Poczuliśmy ulgę.

Raduś w drodze do Krakowa

Po dwóch dniach wracając do Krakowa, zatrzymaliśmy się w Puławach, aby odebrać Radusia. Kupiliśmy transporter, kuwetę i objuczeni bardziej niż zwykle ruszyliśmy przez Radom do Krakowa.

Tydzień różnicy

Raduś odwdzięcza nam się każdego dnia za to, że nie zostawiliśmy go samego i głodnego na ulicy. Jest młodym, dużym i zdrowym kocurkiem. Krakowscy weterynarze poskładali mu łapkę w bardzo profesjonalny sposób i ślad nie pozostał z jego zagadkowej i trudnej młodości.

W taki oto sposób powolne podróżowanie bez stresu, konieczności dotarcia gdzieś o konkretnej godzinie przyczyniło się do powiększenia naszej ekipy 🙂 Była to z całą pewnością wyjątkowa podróż.

Już po operacji łapki
Raduś dzisiaj