508 051 555, 604 534 354 info@slowtravel.pl
O wiadukcie kolejowym na ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie

O wiadukcie kolejowym na ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie

Wiadukt grzegórzecki

Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini („Czego nie zrobili barbarzyńcy, zrobili Barberini”) – tak głosi XVII wieczne powiedzenie o dewastacji starożytnych, rzymskich zabytków przez członków rodziny Barberini.

Dziś chciałoby się powiedzieć – „Czego nie zrobił niemiecki okupant, dokonały współczesne pieniądze”.

Na naszych oczach zaczyna znikać najstarszy zachowany w Krakowie most i jeden z ostatnich, jaki powstał w Europie na wzorach opracowanych w starożytnym Rzymie. Kolejne mosty jakie powstawały, były żelazne i stalowe.Chodzi oczywiście o wiadukt kolejowy na ulicy Grzegórzeckiej, który powstał podczas budowy linii kolejowej łączącej Kraków ze Lwowem. Powstał on nad starym korytem Wisły w przeciągu 3 lat. Uroczyście oddano go do użytku 5 grudnia 1864 r. Inaugurujący ten most pociąg, został z tej okazji polany wodą.

Jak wyglądał wiadukt?

Posadowiony na 5 kamiennych przęsłach o wysokości 7 m, rozpiętości 11 m, z łukami wykonanymi z cegły o długości 98,6 m. Został wzniesiony wg systemu inż. Schiffkorna. Po jego wschodniej stronie (od strony Hali Targowej) była umieszczona data budowy, a po przeciwległej – od strony ul. Dietla do lat 50 XX wieku. znajdowały się cztery litery GKLB – Galizische Karl Ludwig Bahn (Galicyjskie Koleje Karola Ludwika).

Po zasypaniu koryta Wisły w latach 1878-1880 most stał się wiaduktem.

Znaczenie wiaduktu grzegórzeckiego

Most służył przez dziesięciolecia, przejechały przez niego miliony pasażerów i niepoliczalna ilość towarów ze wschodu na zachód i w przeciwnym kierunku.

Pod koniec II wojny światowej wiadukt Grzegórzecki miał być zniszczony przez wycofujących się Niemców, jak wszystkie inne mosty i wiadukty w Krakowie. Na jeszcze stojących przęsłach widać otwory wykonane przez żołnierzy niemieckich do podłożenia ładunków wybuchowych. Dzięki ofiarnej akcji okolicznych mieszkańców Grzegórzek udało się zapobiec jego wysadzeniu i wiadukt jako jedyny ocalał (wszystkie pozostałe mosty Krakowa uległy zniszczeniu).

Mniej znane wydarzenie z historii mostu miało miejsce podczas stanu wojennego, w maju 1982 r. Część walk między demonstrantami, a siłami ZOMO przeniosła się w okolice mostu, z którego atakowano milicyjne armatki wodne.

Czy wpis do rejestru zabytków jest coś wart?

Wydawało się, że o przyszłość mostu, od wpisania go na listę zabytków w 1989 r. oraz włączenia do Krakowskiego Szlaku Techniki w kwietniu 2006, można być spokojnym.Niestety, zaplanowana modernizacja szlaku kolejowego i jego poszerzenie z 2 do 4 torów doprowadziła do powstania równoległej kopii z wykorzystaniem części elementów wschodniej strony mostu, a następnie do powolnego przygotowania do jego rozbiórki. Wykreślenie z listy zabytków, rozpoczęcie rozbiórki bez czekania na decyzję sądu były kolejnymi etapami. Dzisiaj jesteśmy świadkami ostatniego rozdziału. Pomysły ratowania mostu przegrały z wolą jak najtańszej inwestycji.Piszemy o tym z żalem. Na naszych oczach zabytkowe obiekty i szacunek do przeszłości, do dziedzictwa po przodkach, ustępują miejsca pieniądzom czy argumentom o postępie.

Nasze wnioski

Idąc dalej tą drogą ryzykujemy, że za kilka dziesięcioleci odbudowana po zniszczeniach II wojny światowej warszawska Starówka, będzie starsza od centrum Krakowa, gdzie stare domy, mury, wyposażenia kamienic zastępowane są nowoczesnością i elementami „jak oryginał”.

Wizyta w Katedrze Wawelskiej powinna być dobrą lekcją.

W jej wnętrzu widzimy architekturę i dzieła sztuki z epoki romańskiej, gotyckiej, renesansowej, barokowej, historyzmu, secesji. Możemy je zobaczyć, dotknąć murów, które sięgają czasów Bolesława Krzywoustego, Kazimierza Wielkiego, Zygmunta Starego, bo nasi przodkowie z szacunku dla poprzedników zachowywali, co dawne, dodając coś od siebie.

Gdyby tak nie było, na Wzgórzu Wawelskim oglądalibyśmy może XIX lub XX wieczną katedrę, bez fizycznego kontaktu z historią tego miejsca.

Niestety w Polsce – w odróżnieniu od takich krajów jak Niemcy, Wielka Brytania, Szwecja czy Holandia, gdzie szanuje się zabytki techniki, takie jak mosty, obiekty przemysłowe, forty, stare samochody, statki i okręty – ulegają one często zniszczeniu, rozgrabieniu, zastąpieniu marnie wykonaną (za duże pieniądze) atrapą, udającą oryginał.

Bez uczenia się o historii, szacunku dla osiągnięć naszych przodków, ryzykujemy, że również nasze dziedzictwo kiedyś skończy na śmietniku – w ramach postępu i nowoczesności.

Tajemnice tynieckich mnichów

Tajemnice tynieckich mnichów

Wizyta w opactwie benedyktyńskim w Tyńcu jest niezapomnianym doświadczeniem. Zwłaszcza, gdy łączymy ją z uczestnictwem w chorale gregoriańskim.

Oddalony o 12 km na zachód od krakowskiego Rynku Głównego, jest idealnym miejscem do poszukiwania ciszy. Miłośnicy nieśpiesznych podróży i ciszy muszą jednak wiedzieć, kiedy tam pojechać, a w jakie dni tygodnia lepiej zaplanować inne aktywności.

opactwo tynieckie

Klasztory benedyktyńskie w Polsce

Aktualnie mamy w Polsce cztery czynne klasztory benedyktyńskie. Są to:

  1. opactwo w Lubiniu w powiecie kościańskim (województwo wielkopolskie)
  2. klasztor św. Benedykta w Starym Krakowie (dom filialny opactwa tynieckiego), w powiecie sławieńskim (województwo zachodniopomorskie).
  3. klasztor pw. Zwiastowania NMP w Biskupowie w powiecie nyskim (województwo opolskie), nie ma statusu opactwa, a na jego czele stoi przeor.

i ośrodek pod każdym względem najważniejszy, czyli opactwo pw. śś. Apostołów Piotra i Pawła w Tyńcu.

Zasada jest taka, że każdy z klasztorów jest autonomiczny, co oznacza, że funkcjonuje on jako oddzielna i samodzielna wspólnota zakonna. Reguła ta nie dotyczy jednak klasztoru w Starym Krakowie, który funkcjonuje od kilku lat, jest całkowicie zależny od opactwa tynieckiego i w którym przebywa trzech mnichów tynieckich.

Opactwo benedyktynów w Tyńcu – trochę historii

Tyniec Benedyktyni

Największym męskim klasztorem benedyktyńskim w Polsce jest opactwo tynieckie. Jest to zarazem najstarszy klasztor w Polsce, ufundowany prawdopodobnie już za czasów panowania Kazimierza Odnowiciela w 1044 roku.  Nie oznacza to, że funkcjonował bez przeszkód przez cały swój czas istnienia.

W 1816 roku nastąpiła kasata klasztoru przez Austriaków, choć pięciu mnichów zostało tam przez kilka lat, aż do śmierci ostatniego z nich w 1833 roku. W międzyczasie doszło do kolejnego nieszczęścia. W 1831 roku w budynek dawnej biblioteki uderzył piorun i spowodował wielki pożar. Ocalały kościół przejęła parafia.

Od 1833 roku opactwo benedyktyńskie w Tyńcu pozostawało niezamieszkałe i opuszczone. Dopiero w lipcu 1939 roku z belgijskiego opactwa św. Andrzeja w Brugii, gdzie wśród mnichów benedyktyńskich było kilku Polaków, przybyła do Tyńca grupa mnichów, by odbudować zespół klasztorny. Wkrótce wybuchła II wojna światowa. Odbudowa zespołu klasztornego trwała od 1947 do 2008. W 2008 roku zakończył się remont Wielkiej Ruiny, budynku, który przed uderzeniem pioruna w 1831 roku pełnił funkcje biblioteki.  Dziś jest tam Dom Gości.

 

Opactwo benedyktynów w Tyńcu dzisiaj

W tynieckim opactwie mieszka aktualnie 33 zakonników.

Przełożonym krakowskiego opactwa od 2015 roku jest ojciec Szymon Hiżycki, urodzony w 1980 roku. Jest on najmłodszym opatem w historii powojennego Tyńca.

Najbardziej rozpoznawalnym z kolei zakonnikiem jest ojciec Leon Knabit, rocznik urodzenia: 1929. Znany ze swojej otwartości, dobrego kontaktu z młodzieżą i poczucia humoru oraz jako autor 35 książek, licznych publikacji oraz prowadzący programy telewizyjne i radiowe na temat wiary. Ojciec Leon nadal prowadzi rekolekcje z młodzieżą i dorosłymi.

Jak wygląda życie klasztorne?

O godz. 05:30 czas na pobudkę, w niedziele można pospać dłużej, bo do godz. 07:00. Po trzydziestu minutach –  czas na jutrznię – zazwyczaj w języku polskim, choć bywa, że po łacinie. W dalszej kolejności odbywa się msza konwentualna, czyli msza zgromadzenia benedyktynów.

O godz. 07:30 czas na śniadanie, spożywane indywidualnie w refektarzu, podczas którego obowiązuje milczenie.

Po śniadaniu jest czas na pracę – niektórzy z młodszych zakonników studiują, inni oddają się pracy różnej – w wydawnictwie, sprzątając, czy przy innych pracach klasztornych.

krużganki u benedyktynów w Tyńcu

Pamiętajcie o ważnej regule: „ORA ET LABORA”  – „módl się i pracuj”. W końcu „bezczynność jest wrogiem duszy”.

Ok. godz. 12:50 spotykają się na krótkiej modlitwie w kościele, potem mają wspólny obiad itd.

Pozwólcie, że nie będziemy wchodzić już dalej w szczegóły życia mnicha z tynieckiego opactwa, po to, by Was zachęcić do subskrypcji naszego kanału na YouTube (Slow Travel Polska), na którym pojawi się za kilka miesięcy film krótkometrażowy z Tyńca 🙂

Czym zajmują się mnisi z tynieckiego opactwa?

W 2020 zaangażowali się w prowadzenie Browaru Benedyktynów Tynieckich. Zanim napiszemy o szczegółach, słów kilka na temat historii.

Ślady istnienia dawnego browaru widoczne są w Tyńcu do dziś. Ulica, która przylega do klasztornego muru od południowej strony nazywa się dziś Browarnianą, a niewysoki budynek w dolnym ogrodzie wciąż zwany jest „browarkiem”. Inwentarze wspominają jeszcze o warzeniu piwa na terenie opactwa w XVII wieku. Trudno powiedzieć, kiedy zaprzestał swojej działalności: w 1816 r. klasztor został zlikwidowany przez Austriaków, ale budynki browarniane widnieją jeszcze na rycinie z 1888 r. Potem jednak i one popadły w ruinę.

piwo benedyktyńskie

Od ubiegłego roku benedyktyni z Tyńca zaangażowani są w produkcję piwa marki Tinecia (po łacinie słowo to oznacza – „Tyniec”).

Klasztor, choć przez stulecia posiadał browar folwarczny, dziś nie posiada aparatury koniecznej do produkcji piwa na większą skalę. Dlatego mnisi postanowiliśmy rozpocząć warzenie piwa w partnerskim Browarze Kazimierz w Zakrzowie (odległość to 25 minut jazdy samochodem z Tyńca). Piwo to rzeczywiście jest owocem pracy mnichów, zgodnie z zaleceniem św. Benedykta, który mówił, że benedyktyni „właśnie wówczas są prawdziwymi mnichami, jeśli żyją z pracy rąk swoich, jak Ojcowie nasi i Apostołowie”. Ich drugim celem jest budowa w przyszłości browaru rzemieślniczego na terenie klasztoru. Według św. Benedykta bowiem „klasztor (…) tak powinien być zorganizowany, żeby można było znaleźć w obrębie jego murów wszystko, co niezbędne”. Czy im się uda ten plan zrealizować, czas pokaże.

Benedyktyni prowadzą także Wydawnictwo Tyniec i media internetowe, a wśród nich kanał na YouTube, który ma ponad 40 tys. subskrybentów.

Opiekują się również lokalną parafią, prowadzą dom gości, w którym odbywają się warsztaty i rekolekcje, zajmują się pracą akademicką.

Jakie to warsztaty? Np. z kaligrafii, o tajemnicach ziół, ale także warsztaty prowadzone przez osoby świeckie, np. o tym, jak radzić sobie ze stresem.

Na terenie opactwa znajduje się także kawiarnia benedyktyńska i restauracja „Mnisze Co Nieco” oraz sklepik klasztorny z produktami benedyktyńskimi (dewocjonalia, ciastka, piwo benedyktyńskie, nalewki), a także z szeroką ofertą ziół, leków naturalnych, wyrobów bonifraterskich, św. Hildegardy, kosmetyków naturalnych, miodów etc.)

 

sklepik benedyktyński

Ciekawostka

Na koniec jeszcze mała ciekawostka. Na rewersie banknotu 10 zł umieszczony jest denar, a po jego obu stronach znajdują się stylizowane kolumny romańskie z opactwa benedyktynów w Tyńcu.

 

rewers - kolumny romańskie z Tyńca
kulumny romańskie tyniec

Nocowanie na terenie opactwa benedyktyńskiego:

Dom Gości (czyli nowe skrzydło opactwa, tzw. Wielka Ruina)– posiada windę, brak TV, w każdym pokoju jest łazienka z prysznicem.

Cena za nocleg ze śniadaniem: 170 zł/ dobę (pokój 1-osobowy), 250 zł/ dobę (pokój 2-osobowy), 330 zł/ dobę (pokój 3-osobowy),   350 zł/ dobę (pokój 4-osobowy).

Opatówka (stare skrzydło opactwa)– bez windy, brak TV, w pokoju znajduje się umywalka. Łazienka jest wspólna i znajduje się na korytarzu (wyjątkiem są pokoje standard plus, które posiadają łazienkę w pokoju).

Cena za nocleg ze śniadaniem za pokój standardowy: 80 zł/ dobę (pokój 1- osobowy), 140 zł / dobę (pokój 2- osobowy) i 180 zł/ dobę (pokój 3-osobowy).

Uczestnicy rekolekcji i warsztatów płacą trochę mniej od podanych wyżej cen.

Kiedy się wybrać?

Odpowiedź jest krótka – nie w weekend. I jeśli ma to być półdniowa czy jednodniowa wycieczka, to warto tak ją zaplanować, żeby o 17:00 być na miejscu po skończonym zwiedzaniu i móc uczestniczyć w chorale gregoriańskim. W Opactwie Tynieckim chorał rozbrzmiewa codziennie; mnisi każdego dnia śpiewają Nieszpory i Kompletę, a przy wielkich świętach także Jutrznię.

Podsumowanie

Jak mogliście Państwo zauważyć, w niniejszym artykule nie analizujemy szczegółów z tynieckich krużganków ani dzieł sztuki z tutejszego kościoła.  Nie wspominamy także o funkcjach poszczególnych budowli, czy tych istniejących po dziś dzień, czy tych, które zachowały się tylko w zarysach… Najlepiej wszystko poznać osobiście.

Zapraszamy na zwiedzanie Opactwa Benedyktynów w Tyńcu razem z nami 🙂

Zostaliśmy odpowiednio  przeszkoleni do oprowadzania po Opactwie (i otrzymaliśmy po zakończonym szkoleniu zaświadczenie wystawione przez Opactwo Benedyktynów w Tyńcu). To tyle, jeśli chodzi o kwestie formalne.

A tak po ludzku…. po prostu warto to miejsce odwiedzić! 1000 lat historii, wspaniałe widoki, wyjątkowa atmosfera – gwarantowane!

 

Aby zamówić zwiedzanie Opactwa Benedyktynów w Tyńcu –> skontaktuj się z nami:  info@slowtravel.pl

Spacerowym krokiem przez krakowskie rynki

Spacerowym krokiem przez krakowskie rynki

Każdy słyszał o krakowskim Rynku Głównym. Ale czy wiecie, że Kraków ma aż 7 rynków ( a może więcej ?), w każdym razie 7 z nich zachowało się w całości albo chociaż w 1/4 🙂

Warto je poznać. Wpierw dzięki poniższemu, krótkiemu opisowi, a następnie podczas spaceru z przewodnikiem ze Slow Travel, na spokojnie, spacerowym krokiem, merytorycznie i z poczuciem humoru.

Ale dość autoreklamy 😉  –  przejdźmy zatem do konkretów i rozpocznijmy nasz spacer od rynku położonego najbardziej na północ.

 

Rynek podzielony, czyli Rynek Kleparski

Plac Matejki w Krakowie

Został wytyczony w 1366 roku podczas lokacji miasta Kleparz. Pierwotnie dorównywał wielkości Rynkowi Głównemu. Posiadał najpierw drewniany, a potem murowany ratusz. Na rynku znajdowały się liczne zabudowania związane z funkcją handlową. W części wschodniej był targ koński, a w zachodniej zbożowy. Po przyłączeniu Kleparza do Krakowa, ratusz uległ zburzeniu (1803 r.). Na przełomie XIX i XX wieku został podzielony zabudową na część wschodnią (dzisiejszy Plac Matejki – na zdjęciu powyżej) i zachodnią, która zachowała charakter targowy i od 1880 przyjęła nazwę Rynku Kleparskiego.

Plac Kleparski Kraków

Rynek nie do końca kwadratowy, czyli Rynek Główny

krakowski Rynek Główny

Rynek Główny, najsłynniejszy spośród krakowskich rynków, wbrew obiegowej opinii nie jest wcale kwadratowy. Według założeń z XIII wieku miał on mieć formę kwadratu 600 x 600 stóp krakowskich (czyli współczesne 200 x 200 metrów). Wystarczy  jednak uważnie przyjrzeć się planowi rynku, by zauważyć, że np. narożnik u wylotu ulic Sławkowskiej i Szczepańskiej ma kąt rozwarty. Nie będziemy tu prowadzić wywodów geometrycznych.  Długości boków Rynku różnią się wymiarami, o czym możecie się sami przekonać odwiedzając Kraków.  Warto też pamiętać, że przed wiekami poziom Rynku znajdował się o kilka metrów niżej, a jego nawierzchnia nie była tak płaska jak współcześnie.

Sukiennice znajdują się dokładnie pośrodku Rynku. Przechodząc przez ich wewnętrzną część z łatwością można natknąć się na tablicę pamiątkową, która przypomina rok lokacji Krakowa i przy okazji znajduje się w geometrycznym centrum rynku. Jest to jeden Rynek, podzielony Sukiennicami na dwie części i obydwie pokazane są na załączonych zdjęciach. Jedna z kościołem Mariackim i kościołem św. Wojciecha i druga z Wieżą Ratuszową.

Krakowski Rynek

Rynek za mały, czyli Mały Rynek

Mały Rynek w Krakowie ma  110 m długości i zaledwie 30 m szerokości. Historia jego początków jest najmniej znana. Być może istniał tutaj plac targowy przed lokacją miasta (przed 1257 rokiem). Jedna z hipotez opisywała Mały Rynek jako wcześniejszą próbę lokacyjną księcia Leszka Białego. Początkowo zwany był Starym Rynkiem, a od drugiej połowy XVIII wieku Rynkiem Rzeźniczym. Mało znanym faktem jest, że przez Mały Rynek, a nie Główny, przebiega Małopolska Droga św. Jakuba, na odcinku z Sandomierza do Tyńca.

Ciekawostką wartą uwagi jest fakt, iż tylko na Małym Rynku można dostrzec średniowieczne przedproża (widoczne na zdjęciu powyżej). Nie zachowały się tego rodzaju rozwiązania na samym Rynku Głównym. Ale być może zapytacie: „do czego one służyły, jaką miały funkcję?”. Otóż w średniowieczu poziom Rynku Głównego i Małego oraz okolicznych ulic był znacznie niższy. Wraz z jego podnoszeniem się, dawne partery budynków stawały się piwnicami, a pierwsze piętra wysokimi parterami, do których prowadziły właśnie przedproża.

Mały Rynek stracił swój charakter targowy na początku XX wieku. Związane to było z poprowadzeniem linii tramwajowych, najpierw wzdłuż ulicy Siennej (1902 r.), a następnie przez sam środek Małego Rynku w kierunku Placu Mariackiego (1935 r.). W 1953 r. linię tramwajową zlikwidowano, ale stragany już tu nigdy nie wróciły. Póżniej na Małym Rynku funkcjonował parking dla samochodów osobowych (do 2006 r.).

Rynek pomniejszony, czyli Plac Wolnica

Plac Wolnica w duchu slow

Plac Wolnica to rynek dawnego miasta Kazimierz, lokowanego w 1335 r., dzielnicy Krakowa od 1800 roku.  Na początku był znacznie większy i sięgał ulicy Augustiańskiej. Wielkością dorównywał niemalże krakowskiemu Rynkowi Głównemu, ponieważ jego wymiary wynosiły 195 x 195 m. Jednakże w 1851 r. zredukowano wielkość tego rynku, mniej więcej o 2/3, zabudowując znacznie jego pierwotny obszar.

Również tutaj w narożu rynku znajdował się kościół. Jest to, do dziś świetnie zachowany, kościół parafialny Bożego Ciała.  Kościół ten jest tym dla Kazimierza, czym Bazylika Mariacka dla Krakowa. Z kolei ratusz miejski był znacznie mniejszy od obecnego budynku pełniącego aktualnie rolę Muzeum Etnograficznego.

Spolszczona nazwa „Wolnica” (w języku łacińskim „Forum Liberum”) wzięła się od przywileju króla Kazimierza Wielkiego, który zezwalał w soboty na handel mięsem poza jatkami, które były kontrolowane przez cechy. Zatem na „Wolnicy” handlowali również ci, którzy nie byli zrzeszeni w cechach.

Rynek trapezoidalny, czyli Rynek Podgórski

Trapezoidalny rynek Podgórski

Rynek Podgórski to jeden z najmłodszych rynków. Powstał wraz z miastem Podgórze w XVIII wieku u stóp wzgórza Lasoty. W tym czasie nie wzorowano się na średniowiecznych placach na planie prostokąta i przyjęto formę trapezoidalną. Dzięki tej formie, niemal całą uwagę skupia elewacja kościoła św. Józefa, jednej z najpiękniejszych świątyń Krakowa. Do czasu połączenia z Krakowem nosił on nazwę Rynek Główny, zmienioną następnie na Rynek Podgórski.

Jest to jedyny rynek na terenie współczesnego Krakowa, przy którym znajdują się dwa budynki dawnych ratuszy. Pierwszy z nich „Dworek pod Białym Orłem” pełnił funkcję ratusza do 1854 r. A kolejnym ratuszem był obiekt położony na rogu Rynku Podgórskiego i ulicy Limanowskiego, który funkcję tę pełnił aż do połączenia miasta Podgórze z Krakowem w 1915 r. Dziś jest to siedziba Rady i Zarządu Dzielnicy XIII Podgórze.

Rynek pomnik

Plac Bohaterów Getta Podgórze

Podgórze wzorem Krakowa miało też Mały Rynek. To dzisiejszy Plac Bohaterów Getta, będący obecnie swoistym pomnikiem ofiar krakowskiego getta z lat 1941-1943. Początkowo był to plac z ujeżdżalnią dla stacjonujących w pobliżu ułanów. Stopniowo od lat 80-tych XIX wieku przekształcił się w plac targowy, który przyjął nazwę Małego Rynku. Po połączeniu Podgórza z Krakowem pojawił się problem zdublowanej nazwy Mały Rynek.  W 1917 roku został przemianowany na Plac Zgody. A 8 lat wcześniej, w 1909 r. przy placu tym powstała słynna Apteka pod Orłem. 

W latach 1930-31 na placu tym powstał drugi dworzec autobusowy w Krakowie (dla przypomnienia – pierwszym dworcem był ten z placu św. Ducha). Dworzec z Placu Zgody łączył Kraków z miejscowościami położonymi na południe od Krakowa. 

Rynek „wiejski”, czyli Rynek Dębnicki

krakowski Rynek Dębnicki

Rynek Dębnicki powstał jako centralny plac wsi Dębniki. Ma najbardziej nieregularny kształt z wszystkich krakowskich rynków. W 1909 roku Dębniki zostały przyłączone do Krakowa, a trzy lata później plac otrzymał nazwę Rynku Dębnickiego. Jest ostatnim krakowskim rynkiem, który w całości służy jako plac targowy po dziś dzień  (a Rynek Kleparski tylko w połowie 😉)

Zatem, jak możecie się Państwo przekonać, wybór jest całkiem duży. Od rynku najbardziej znanego, jakim jest Rynek Główny, po rynek położony blisko centrum, jednakże poza szlakiem wędrówek typowych wycieczek, jakim jest Rynek Dębnicki.

Jaki trzeba pokonać dystans, żeby móc zobaczyć opisane powyżej rynki?  Około 5,5 km.

A ile czasu jest potrzebne, żeby je wszystkie poznać? Zależy od Państwa 🙂 i od tego, co po drodze Was zainteresuje. Optymalny czas to 3 – 3,5 godzin.

Zapraszamy na zwiedzanie Krakowa i krakowskich rynków!

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji 2015-2021

W lutym 2021 roku dobiegły końca prace konserwacyjne przy arcydziele epoki średniowiecza, ołtarzu Wita Stwosza w krakowskiej Bazylice Mariackiej. Dla przypomnienia – jego budowa zajęła 12 lat (1477-1489). Zachwytom współczesnych artyście nie było końca, a rajcy miejscy nie żałowali ani grosza wydanego na wielkie dzieło. A groszy tych było sporo, gdyż łączna cena ołtarza odpowiadała rocznym wydatkom stołecznego miasta Krakowa.

Jego obecna konserwacja zajęła z kolei 5,5 roku – od 2015 roku do lutego 2021 roku.

Jak zabezpieczano ołtarz w przeszłości?

Prace prowadzone w latach 2015- 2021 nie były rzecz jasna pierwszymi w dziejach ołtarza pracami mającymi na celu jego konserwację i zabezpieczenie dla kolejnych pokoleń wiernych i odwiedzających.

Najstarsze informacje mówiące o opiece nad zachowaniem ołtarza w dobrym stanie pochodzą już z 1533 roku. Zmiana mody w sztuce w XVII wieku omal nie doprowadziła do sytuacji, że słynny ołtarz byłby znany jedynie historykom sztuki  z zapisków w dokumentach. Na szczęście brak pieniędzy uniemożliwił wymianę starego „niemodnego” ołtarza gotyckiego na nowy, „modny” barokowy ołtarz.

Z upływem lat stary ołtarz Wita Stwosza wymagał prac konserwatorskich. Jego wyjątkowa wartość została doceniona dopiero w XIX w.  W 1822 roku zachwycił się ołtarzem jeden z największych artystów epoki klasycyzmu, duński rzeźbiarz Bertel Thorvaldsen, który wykonał rzeźby do kaplicy Potockich w katedrze wawelskiej. Wraz z rosnącym zainteresowaniem ołtarzem sprawa jego konserwacji stawała się coraz pilniejszym zadaniem.

Do tzw. Wielkiej  Konserwacji doszło w latach 1866-1869 pod kierunkiem Władysława Łuszczkiewicza i Jana Matejki. Pomimo starań o zachowanie ołtarza w formie jak najbliższej oryginałowi, dokonano kilku zmian i przemalowań. 

Kolejne prace, przed II wojną światową miały na celu wykonanie korekty poprzednich prac i dalszego odtwarzania oryginalnej kolorystyki polichromii.

Trzecie z kolei prace, wykonane 1946-1950, były wynikiem dramatycznej historii ołtarza w czasie wojny, kiedy został wywieziony do Norymbergi i tam przechowywany w nienajlepszych warunkach.  Po powrocie z Norymbergi zaawansowane prace konserwatorskie były niezbędne dla przywrócenia blasku arcydziełu Wita Stwosza. 

Zanim doszło do obecnych, najdłuższych i najbardziej złożonych prac przy ołtarzu, dwukrotnie (lata 80-e i 90-e XX w.) wykonano szereg prac.

Najnowsze prace konserwacyjne

Przed przystąpieniem do najnowszych prac konserwacyjnych wykonano trójwymiarowy skan laserowy i na podstawie tak przygotowanej dokumentacji przystąpiono do prac. Prowadził je Międzyuczelniany Instytut Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki. Podczas wykonywania prac konserwacyjnych żadna z rzeźb i żaden z innych elementów nie opuściły Bazyliki Mariackiej. Ze względu ma mikroklimat ważny dla zachowania ponad 500 letniego dzieła sztuki, zdecydowano się stworzyć pracownię konserwatorską na tyłach ołtarza. 

Ze względu na wieloletnie prace, zdecydowano się o pracach prowadzonych etapami, tak by zwiedzający świątynię mieli możliwość zobaczenia przynajmniej części ołtarza, która jeszcze nie była przedmiotem prac, bądź też fragmenty ołtarza, które poddano już pracom konserwacyjnym.

O skali prac jakie wykonano, niech świadczą wymiary ołtarza – wysokość 13 m, szerokość 11 m, całkowita powierzchnia części dekoracyjnej 866,52 m kw, blisko 400 rzeźb i płaskorzeźb, całkowita powierzchnia odwrocia 107,45 m kw, powierzchnia zwieńczenia 67,37 m kw. 

Łączny koszt prac wyniósł ok. 14 mln złotych. A rezultat tych prac jest wprost olśniewający. 

To co jednak może wszystkich zaciekawić najbardziej, to odkrycia jakich dokonano podczas prac konserwacyjnych i jakie są różnice w wyglądzie ołtarza w stosunku do sytuacji sprzed prac.

Odkrycia

Dużym zaskoczeniem okazało się, wbrew dotychczasowym opiniom, że architektoniczne zwieńczenie ołtarza jest niemal w całości oryginalne, średniowieczne, a nie powstałe podczas prac konserwatorskich w XIX w. Jedynym elementem pochodzącym z XIX stulecia są kapitele na których stoją postacie św. Stanisława i św. Wojciecha. Wszystkie pozostałe elementy zwieńczenia są oryginalne, z czasów Wita Stwosza. Obejrzenie oryginalnych kapiteli jest jednak możliwe. Wystarczy odwiedzić Muzeum Jana Matejki, który był przecież jednym z dwóch kierujących pracami nad ołtarzem w tamtym czasie i tam, w muzeum poświęconym wybitnemu artyście, owe kapitele się dziś znajdują.

zwieńczenie ołtarza Wita Stwosza

Największą sensacją było jednak znalezienie daty 1486 na rękawie szaty apostoła św. Jakuba Starszego z głównej sceny Zaśnięcia NMP. Wszystkie rzeźby w tej scenie zostały tak ustawione względem siebie, że dzieli je czasem tylko odległość kilku milimetrów, a to z kolei oznacza, że musiały powstać w tym samym czasie co figura św. Jakuba, czyli na 3 lata przed poświęceniem ołtarza w 1489 roku. „Tam nie ma przypadków. Wszystkie figury zostały bardzo precyzyjnie wyrzeźbione”, jak stwierdził główny konserwator dr. hab. Jarosław Adamowicz, który kierował międzynarodowym zespołem specjalistów, podczas spotkania, w którym uczestniczyliśmy.

Odkrycie śladów malowania rzeźb predelli, czyli podstawy ołtarza zdaje się wskazywać, że była ona oryginalnie przeźroczysta, a ołtarz można było obejść dookoła.

O ile dębowa szafa ołtarza jest oryginalna, z wyjątkiem desek tła, to niestety skrzydła, ważące około pół tony każde, są z późniejszej epoki, choć wszystkie rzeźby są oryginalne. Natomiast ramy szafy są pierwotne.

Naukowcy i konserwatorzy nie mieli generalnie żadnych problemów z ustaleniem, jaki miała kolor oryginalna, gotycka polichromia. Jedynymi wyjątkami od tej reguły są figura św. Wojciecha (na zwieńczeniu po prawej stronie) oraz grupa 2 postaci i 2 aniołów w scenie Wniebowzięcia NPM. W obu przypadkach odkryto tam bardzo skromne zaledwie pozostałości polichromii gotyckiej.

Ciekawym wyzwaniem jest odkrywanie różnic między stanem przed i po pracach konserwacyjnych. Nie polegały one bowiem tylko na odkurzeniu i stwierdzeniu, że nie ma zagrożenia grzybami lub pleśnią. W trakcie prac starano się o przywrócenie wielu oryginalnych kolorów i detali zdobniczych.

Najważniejsze zmiany po najnowszej konserwacji

Jedną z pierwszych różnic, którą zauważamy wchodząc do Kościoła Mariackiego, jest inny kolor tła ołtarza. Kolor tła nie jest już jednolicie błękitny. Ten błękitny kolor został wprowadzony podczas konserwacji ołtarza w latach 1946-1950 przez prof. Słoneckiego i był to jednorodny błękit, którym pokryto wszystkie wcześniejsze nawarstwienia, bez względu na to, jaki to był element ołtarza.

To, co dzisiaj widzimy, to tzw. kompilacja. Kompilacja elementów, które są pierwotne i na których znajduje się pierwotny błękit azurytowy oraz azuryt, który został zrekonstruowany na potrzeby kolorystyki lokalnej. Dziś nie każda kwatera ma ten sam kolor, jak to miało miejsce przed 2015 rokiem. Na krańcowych deskach tła, które jako jedyne były oryginalne, odkryto pozostałości odcienia błękitu, zwanego właśnie azurytem i to ten odcień jest aktualnie dominującym, choć w różnym natężeniu.

Każdy, kto widział chociaż raz ołtarz Wita Stwosza, od razu zwraca uwagę na kolejną istotną różnicę. Jest nią zmiana koloru krawędzi szafy ołtarzowej, oraz kwater na skrzydłach na cynobrowy (odcień czerwieni). Kolor odtworzono na podstawie znalezionych fragmentów pigmentu tej barwy. Przywrócono tym samym dość typowy element zdobniczy dla średniowiecznych ołtarzy, zwłaszcza dla twórców szkoły krakowskiej.

Czasem tylko jeden detal zmienia kolor i nie każdy pamięta szczegóły, by to dostrzec. Przykładem są rękawiczki św. Wojciecha, które zmieniły kolor z białego na czerwony.

Chociaż oparto się pokusie odtwarzania brakujących palców u postaci, które odpadły przed wiekami, konserwatorzy zdecydowali się na kilka przesunięć będących wynikiem dokonanych odkryć. Niektóre zmiany są niewidoczne. Przy liczącej ponad dwa metry figurze apostoła trudno zaważyć przesunięcie o kilka centymetrów. Zmieniło się także ułożenie części z postaci drugoplanowych pośród apostołów w scenie Zaśnięcia, jest ono obniżone o kilkanaście centymetrów.

Sporo zmian doszło w predelli ołtarza, gdzie znajduje się przedstawienie Drzewa Jessego. Dokonano przestawienia figur na drzewie genealogicznym Maryi na podstawie ilustracji sprzed prac konserwatorskich Łuszczkiewicza i Matejki.

Z innych przesunięć warto wspomnieć o „przemieszczeniu się” charakterystycznej figury krakowskiego żaka.

Na zakończeniu warto wspomnieć o przemieszczeniu części promieni Glorii znad głowy Maryi w scenie Zwiastowania. Z lewa górnej kwatery otwartego ołtarza nad głową Maryi w scenie Pokłonu Trzech Króli do lewej dolnej kwatery otwartego ołtarza, gdzie ich dotychczas nie było.

Licznych, drobnych zmian jest jeszcze więcej. Bez względu na to, czy je dostrzeżemy, czy też nie, odbiór ołtarza po zakończeniu prac jest niesamowity i robi olbrzymie wrażenie.

Zwiedzanie Kościoła Mariackiego z przewodnikiem

Zapraszamy na spotkanie z ołtarzem. Chętnie go Państwu pokażemy i opowiemy wiele niezwykłych szczegółów z jego historii, jak też i całej Bazyliki Mariackiej. Wiadomo np. jaki jest ciężar figury przedstawiającej św. Jakuba podtrzymującego zasypiającą Marię (na zdjęciu poniżej) i że jest to nieco ponad 248 kg. Pozostałe wielkie figury ważą między 180 a 220 kg każda. Chętnie podzielimy się z Wami dodatkowymi ciekawostkami podczas zwiedzania 🙂 – np. odnośnie pozłoceń figur, wykorzystania srebra, wagi płaskorzeźb, ich liczby, ewentualnych problemów z drewnojadami i długo by tu wymieniać 😉

Filmowe opowieści o miłości kręcone w Krakowie

Filmowe opowieści o miłości kręcone w Krakowie

Filmowe opowieści o miłości kręcone w Krakowie

Jednym z pomysłów na spędzenie Walentynek jest wypad do kina na komedię romantyczną. W tym roku ze względu na epidemię jest to znacznie trudniejsze.

W oczekiwaniu na lepsze czasy postanowiliśmy dokonać przeglądu filmów z historiami miłosnymi, niekoniecznie tylko komedii romantycznych, których akcja rozgrywa się w Krakowie.

Kiedy miłość była niema

Pierwszym filmem jaki kręcono w Krakowie z wątkami miłosnymi był film… niemy.  Nakręcony w 1927 roku pod tytułem „Mogiła nieznanego żołnierza”, to epicki melodramat w stylu hollywoodzkiego „Pearl Harbor”, oczywiście na miarę swojej epoki. Film pokazuje polskie dzieje od wybuchu I wojny światowej aż do zakończenia wojny polsko-bolszewickiej. Główne bohaterki (Nina Olida, Maria Malicka) przebywają w Krakowie, dzięki czemu możemy zobaczyć wiele unikalnych ujęć. Np.słynną kawiarnię „Esplanade” na rogu ulicy Karmelickiej i Podwale, willę Rożnowskich pod Wawelem, widoki z kopca Kościuszki w stronę Błoń i dzisiejszego miasteczka studenckiego. Mężczyźni ich życia, mężowie, narzeczeni i ojcowie opuszczają Kraków na początku filmu, udając się na front. Niestety jest to melodramat i poszukiwacze szczęśliwych zakończeń będą rozczarowani.

Wiele wskazuje na to, że Kraków nie był zbyt lubianym miejscem przez filmowców. Jeden z filmów pokazujący wymarsz I Kadrowej z Oleandrów nakręcono w … Poznaniu. Z tego powodu ciężko znaleźć inne tytuły zrealizowane w Krakowie z historią miłosną.

W zasadzie warto wymienić jeszcze – już dźwiękową – produkcję „Królową przedmieścia” z 1938 roku. Niestety, Kraków widać jedynie przy napisach początkowych i otwierającej scenie między straganami koło „Adasia”.

Miłość w PRLu

Powojenne filmy w większości uległy zapomnieniu. Kraków pojawia się w nich często, ale w tych o miłości – dość rzadko.

Warto przypomnieć film obyczajowy z 1961 roku „Drugi Człowiek”.  Karol (Jan Machulski), po odbyciu kary więzienia za spowodowanie wypadku, jadąc tramwajem, ratuje Elżbietę (Wanda Koczewska) z rąk chuliganów. Między nim a panią konserwator zabytków budzi się uczucie. W filmie pojawia się plejada znakomitych aktorów: Irena Kwiatkowska, Barbara Wrzesińska, Teresa Tuszyńska, Wacław Kowalski, Andrzej Szczepkowski i Józef Nowak. Dodatkową atrakcją jest udział w roli samych siebie artystów z Piwnicy pod Baranami, z Piotrem Skrzyneckim na czele. 

W filmie pokazanych jest wiele miejsc – Rynek Główny, Sukiennice od wewnątrz, ulica Grodzka, plac Wszystkich Świętych (ówczesny plac Wiosny Ludów), kombinat w Nowej Hucie i nowohuckie osiedla.

Widok ludzi  stojących na stopniach otwartych drzwi tramwaju i pędzące po Rynku samochody (głównie Warszawy) to dla osoby znającej współczesny Kraków niezwykłe widoki.
 

Pochodzący z 1962 roku film „Dziewczyna z dobrego domu” jest komedią. Akcja toczy się w ostatnich godzinach starego roku i rankiem następnego dnia. Joanna (Krystyna Stypułkowska) zamiast spotkać się ze swoim narzeczonym jadącym z Katowic na imprezę pod miastem, zawraca i rzuca się w wir sylwestrowych zabaw. Towarzyszy jej kolega narzeczonego Tadeusz (Tadeusz Janczar) . Jej tropem podąża narzeczony (Ignacy Gogolewski). Joanna podczas zabawy, przypadkiem spotyka kochankę swojego narzeczonego (Elżbieta Czyżewska). Finału tej historii łatwo jest się domyślić. Warto ten film obejrzeć ze względu na obsadę aktorską (m. in Elżbieta Czyżewska i Tadeusz Janczar) i zobaczyć jak na początku lat 60 wyglądał Rynek, ulice Grodzka i św. Anny.

Miłość w kostiumach

Film może też opowiadać historię miłosną sprzed stuleci. O tym jest „Epitafium dla Barbary Radziwiłłównej” (1982) z Anną Dymną i Jerzym Zelnikiem w głównych rolach. Chociaż film jest opowieścią o wielkiej miłości króla Zygmunta II Augusta do Barbary Radziwiłłównej to Kraków, a w zasadzie zamek królewski na Wawelu odgrywa smutną rolę – miejsca wyruszenia trumny ze zmarłą Barbarą na Litwę. Cała historia związku króla z piękną Litwinką jest opowiedziana w formie retrospekcji. 

Kolejne filmy, których akcja dzieje się w już mniej odległej przeszłości, również nie opowiadają szczęśliwych historii.  

Miłość Belle Epoque

Serial „Z biegiem lat, z biegiem dni” w reżyserii Andrzeja Wajdy, to jedno z jego, niestety zapomnianych, dzieł. Powstał on po sukcesie siedmiogodzinnego spektaklu w jego reżyserii na deskach Teatru Słowackiego. Z połączenia sztuk m. in. Gabrieli Zapolskiej, Michała Bałuckiego, Juliusza Kaden-Bandrowskiego powstała historia rodzin Chomińskich i Dulskich na tle Krakowa przełomu XIX i XX wieku oraz początku I wojny światowej.  W ekranizacji wystąpiła cała ówczesna czołówka krakowskich aktorów teatralnych jak: Anna  Polony, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jerzy Bińczycki, Izabella Olszewska, Jerzy Grąbka, Jerzy Trela, Jerzy Stuhr i wielu, wielu innych.

Jednym z wątków jest nieszczęśliwa, niespełniona miłość Julii „Szalonej Julki” Chomińskiej (Teresa Budzisz Krzyżanowska)  z „dobrego” mieszczańskiego rodu, która pragnie zostać malarką. Zakochuje się w ubogim, utalentowanym poecie Jerzym Boreńskim (Jerzy Radziwiłłowicz). 

Ostatecznie Julia wychodzi za mąż za niekochanego sędziego Aleksandra Rolewskiego (Aleksander Buszewicz). Cztery lata później przeżywa ponowny poryw serca, gdy jej ukochany Jerzy, opromieniony sławą poeta, wraca z Paryża. Kobieta jest gotowa dla niego porzucić męża. Nie wie, że Boreński wrócił do Krakowa śmiertelnie chory, jedynie po to, by umrzeć. Julia zostaje przy nim do samego końca.

Sceny kręcone w plenerze są niezwykle interesujące, ponieważ dokumentują Kraków z roku 1980 i widać m. in. rusztowania na Hejnalicy Mariackiej. W filmie pojawiają się ulice Szpitalna, Reformacka, Kanonicza, Floriańska czy Teatr Słowackiego. Warto temu serialowi poświęcić czas i go obejrzeć, chociaż szkoda, że jak dotąd nie doczekał się rekonstrukcji cyfrowej. Dostępne kopie są niestety fatalnej jakości.  

 Miłość miniona

Nikt tak nie potrafi opowiedzieć o miłości w gorzko-słodki sposób w stylu komediowym jak Jerzy Stuhr. Jego film „Spis cudzołożnic” z roku 1994 jest chyba najbardziej „krakowskim” z wszystkich filmów kinowych o podwawelskim grodzie.

Gustaw (Jerzy Stuhr) jest polonistą, pracownikiem naukowym UJ, który otrzymuje przewodnickie zadanie – ma oprowadzić pewnego szwedzkiego humanistę po Krakowie. Tego ostatniego nie interesują zabytki, ale damskie towarzystwo.  Gustaw sięga więc do notesika, gdzie ma adresy wszystkich swoich dawnych, spełnionych i niespełnionych miłości, miłostek i fascynacji. Podczas usilnych poszukiwań, niezbyt udanych, obaj bohaterowie wędrują po Krakowie. Podróż w czasie okazuje się bardzo gorzka.

Po raz kolejny wędrujemy po ulicy Grodzkiej i Rynku. Od czasu nakręcenia filmu minęło sporo lat, więc najciekawsze są dostrzegane zmiany w mieście. Szczególnie niesamowicie wyglądają Aleje Trzech Wieszczów za plecami Gustawa. Scena jest dostatecznie długa, by zadziwić się, jak małe było natężenie ruchu na jednej z najbardziej ruchliwych arterii miasta.

Miłość nieziemska

Kraków to takie miasto, w którym zakochać się może nawet anioł . Anioł Giordano (w tej roli Krzysztof Globisz) jest bohaterem dwóch filmów „Anioł w Krakowie” z 2002 roku i jego kontynuacji „Zakochany Anioł” z 2005 roku. O ile w pierwszej części Giordano na skutek intryg trafia  do Poland zamiast Holland (tak, tak, językiem urzędowym niebiańskiej biurokracji jest angielski !) i wędrując po Krakowie zaznaje przyjaźni, to już tytuł kontynuacji nie zostawia wątpliwości o jego uczuciach. Anioł zakochuje się w pięknej pani psycholog (Anna Radwan). Historia ma szczęśliwy finał, miłość mimo początkowych trudności zwycięża i „żyli długo i …mieli bardzo dużo kasy” (cytat z filmu, aby wiedzieć o co chodzi trzeba zobaczyć film do końca).

W „Zakochanym Aniele” pojawia się wiele zakątków miasta, choć nie ma na przykład Rynku Głównego, jak w części pierwszej. Pojawiają się Planty, ulice Poselska, Gołębia, św. Jana, Plac Nowy i słynny z „Listy Schindlera”  dziedziniec przy ul. Józefa 12, ale najważniejsze sceny rozgrywają się obok synagogi Izaaka i przy stołach do gry w szachy nad Wisłą niedaleko Wawelu. 

Miłość romantyczna z happy endem

Niemal wzorcową komedią romantyczną z Krakowem w tle jest „Nie kłam kochanie” z 2008 roku.

W rolę główną Marcina, potomka krakowskich mieszczan, uwodziciela i lekkoducha, wcielił się obdarzony talentem komediowym Piotr Adamczyk. Aby odziedziczyć majątek obiecany przez ciotkę z Anglii, musi się ożenić. Wszystkie dotychczasowe dziewczyny nie chcą go znać, więc na spotkanie z ciotką w Krakowie jedzie w roli „narzeczonej”  wybrana  zupełnie przypadkowo Ania, pracownica firmy zajmującej się pielęgnacją roślin (Marta Żmuda Trzebiatowska). Powoli, między dwojgiem bohaterów rodzi się uczucie, a pomaga temu niewątpliwie romantyczna atmosfera uliczek Starego Miasta i Kazimierza.

Utrapieniem dla realizatorów filmu byli włoscy turyści. Kojarzyli oni Piotra Adamczyka z rolą Jana Pawła II z bardzo popularnego w ich kraju filmu „Karol, człowiek, który został papieżem” i jego kontynuacji.

Nie istnieje właściwie film pozbawiony błędów dotyczących rzeczywistego położenia pokazywanych miejsc. Zgodnie z tą „tradycją” również i w tym filmie pojawiają się nieścisłości. Tym razem para bohaterów  słuchając hejnału patrzy w niewłaściwą stronę. Kamienica, w której mieszkają rodzice głównego bohatera ma salę jadalną, którą udaje restauracja Wierzynek na linii EF Rynku, a nazajutrz para otwiera okna sypialni na linii AB, czyli dokładnie po drugiej stronie. Nieco później widzimy z kolejnego pokoju widok na kościół Mariacki, taki jak z Pałacu Krzysztofory (czyli linia CD). Dodajmy do tego, że sień i klatka schodowa tego mieszkania znajdują się w kamienicy Montelupich, czyli na linii… GH. Przestawienie przy tym straganów kwiaciarek przy wylocie ulicy  Sławkowskiej wydaje się już drobiazgiem.

Przy tych wszystkich zastrzeżeniach  należy stwierdzić,  że jest to bardzo sympatyczny,  jeden z lepszych filmów pokazujący Kraków jak na pocztówkach.

Mocne „wejście” z efektownymi scenami z Rynku Głównego i Kopca Kościuszki ma kolejna komedia „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” z 2016 roku. Niestety, po napisach początkowych, jest już tylko … Warszawa.

Kończąc przegląd filmów o miłości kręconych w Krakowie, można stwierdzić, że jak na miasto pełne romantycznych miejsc, którego pokolenia mieszkańców przeżyły niejedną wielką miłość, nie ma zbyt wielu filmów w tym gatunku.

Miejmy nadzieję, że jest pośród nas scenarzysta, który wreszcie napisze wspaniałą historię, a zdolna ekipa filmowa nakręci film, do którego będziemy wracać równie chętnie jak do „Kevina samego w domu” 😉

p.s. Filmy z historiami miłosnymi kręcone w Krakowie nie wyczerpują rzecz jasna tematu. O najnowszych serialach z miłością i Krakowem w tle opowiemy Wam wkrótce. Podpowiemy także, w których produkcjach bollywodzkich można podziwiać piękno Krakowa.

Kraków Zdrój – czy to możliwe?

Kraków Zdrój – czy to możliwe?

Kraków „Zdrój”

„Pojechać do wód” – to XIX wieczne powiedzenie o kuracji mineralnymi wodami leczniczymi kojarzy się z wyjazdami do Krynicy, Szczawnicy lub Iwonicza. W żadnym wypadku nie przyjdzie nikomu na myśl Kraków.

A tymczasem w 1910 roku wystarczyło się oddalić nieco ponad 3 kilometry od krakowskiego Rynku Głównego, by móc poddać się zabiegom leczenia wodami. Chodziło głównie o choroby układu pokarmowego, kobiece i inne.

Kraków uzdrowisko Mateczny

Uzdrowisko Kraków


Kraków przed I wojną światową został … uzdrowiskiem.

Gdy w dzisiejszych czasach dotrzemy w okolice Ronda Matecznego w godzinach szczytu, wdychając powietrze pełne spalin, nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że znajdujemy się tuż obok zakładu leczniczego.

Ale po kolei. Cofnijmy się w czasie do przełomu XIX i XX wieku.


W połowie lat 80-ych XIX wieku do położonego obok Krakowa miasta Podgórza przybył pochodzący ze Styrii inżynier Antoni Mateczny (1859 – 1934). Choć urodził się w Reifnigg (ob. Ribnica w Słowenii), to jego rodzina pochodziła z Moraw. Po przyjeździe do Galicji szybko nauczył się języka polskiego.
Podgórze przeżywało w tym czasie boom budowlany. W związku z tym młody inżynier szybko znalazł pracę przy budowach domów i kolei wiedeńskiej na odcinku Kraków-Żywiec. Pracowitość i umiejętność nawiązywania kontaktów pozwoliła Matecznemu szybko stworzyć dobrze prosperującą firmę budowlaną.

Antoni Mateczny

Po zdobyciu wystarczającego kapitału, pan Antoni zdecydował się osiąść na stałe w Podgórzu i zbudować dom dla siebie, żony i dwóch córek. Po nabyciu wybranej parceli stanął dom „Modrzewiówka” (obecnie na jego miejscu jest Rondo Matecznego), a następnie rozpoczęto kopanie studni w miejscu wskazanym przez różdżkarza.

Jak głosi legenda, po kilku godzinach kopania, szyb studni sięgnął głębokości ponad 30 metrów, ale wody nadal nie było. Kopacze zwątpili już niemalże w zdolności różdżkarza. Udało się ich namówić do dalszej pracy dopiero, gdy Mateczny obiecał robotnikom dodatkową zapłatę, jeśli do zachodu słońca dokopią się do wody. Faktycznie- kilka godzin później, z głębokości 36 metrów wytrysnęła woda o żółtawym kolorze i charakterystycznym zapachu. Tego rodzaju woda była znajoma Matecznemu, który co roku jeździł do Karlsbadu (ob. Karlove Vary), „do wód”.

O budowie Matecznego

Wpierw Antoni Mateczny musiał uzyskać koncesję w Wiedniu na wyłączność prac górniczych na terenie Podgórza. Następnie przedsiębiorczy inżynier na bazie odkrytego źródła otworzył w 1905 roku Zakład Przyrodoleczniczy Wody Siarczano- Solankowej Antoniego Matecznego. 10 lat później, po połączeniu Podgórza z Krakowem, zakład znalazł się w granicach Krakowa, a miasto stało się „uzdrowiskiem”.
Wśród pacjentów bywali znamienici goście, jak arcyksiążę Habsburg z Żywca, czy właściciel okocimskich browarów, baron Goetz.

Mateczny uzdrowisko

Jak funkcjonowało uzdrowisko Mateczny?

W czasach świetności, czyli od założenia w 1905 roku, aż do wybuchu II wojny światowej zakład był czynny od czerwca do września. Przyjmował rocznie około 400 osób. Tamtejsza woda lecznicza, „Krakowianka” przypominała słynną, gruzińską Borżomi. Wykorzystywano ją do leczenia chorób układu pokarmowego, nerwowego oraz chorób skórnych i kobiecych.
Wraz z okupacją Krakowa przez Niemców zakład, prowadzony po śmierci Antoniego Matecznego przez jego córkę Marię, został zajęty przez okupanta. Wyposażenie zdrojowe zostało zdewastowane, a w budynkach otwarto fabrykę gumy syntetycznej. Produkowano tam m. in. prezerwatywy dla żołnierzy Wehrmachtu.

Po zakończeniu wojny zakład upaństwowiono i ponownie podjęto działalność leczniczą.
Wrogiem uzdrowiska stał się rozwój motoryzacji. Jeszcze przed wojną, w 1936 roku, zburzono dom Matecznych „Modrzewiówkę”, aby zbudować nowy węzeł komunikacyjny z rondem. W latach 50-tych z terenu zakładu został wydzielono teren pod stację benzynową. Zdecydowano się na likwidację źródła, które jednak przez wiele lat spontanicznie „przebijało” się na powierzchnię.

Dla ponownego otwarcia uzdrowiska w 1956 roku, wykopano nowy zastępczy otwór. Zakład Matecznego został połączony i administracyjnie podporządkowany Uzdrowisku w Swoszowicach.
W 1969 roku na terenie zakładu otwarto rozlewnię wody „Krakowianka”, której spożywanie w codziennej diecie zalecał mieszkańcom grodu Kraka słynny lekarz, profesor Julian Aleksandrowicz.
Niestety w latach 90-tych „Krakowianka” przegrała konkurencję z tańszymi wodami pseudomineralnymi i jej produkcję zakończono.

uzdrowisko Mateczny

Uzdrowisko Mateczny w XXI wieku

Na początku XXI wieku teren zakładu został zwrócony spadkobiercom Antoniego Matecznego, którzy sprzedali go w 2003 roku spółce IPR.

W chwili obecnej trwają prace nad wykończeniem budynku pijalni. Woda nie będzie już wykorzystywana do kąpieli, a jedynie podawana w kubkach oraz sprzedawana w butelkach. Będzie też nosiła nową nazwę, „Anton”, gdyż tradycyjna nazwa „Krakowianka” została zastrzeżona przez innego producenta. Właśnie w formie pitnej ma największe wartości i warto tę wodę stosować m.in. w profilaktyce kamicy nerkowej, pomaga na zaparcia i podrażnienia jelita grubego. Zaleca się ją pić dla obniżenia poziomu cholesterolu. Dobra jest zarówno na otyłość, jak i na kaca.

O tym, czy woda nam zasmakuje, będziemy mogli się dowiedzieć prawdopodobnie jesienią tego roku.


Historia uzdrowiska na terenie Krakowa trwa nadal, ale chyba jednak nigdy do nazwy Kraków nie zostanie dodany tytuł „Zdrój” 😉