508 051 555, 604 534 354 info@slowtravel.pl

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji 2015-2021

W lutym 2021 roku dobiegły końca prace konserwacyjne przy arcydziele epoki średniowiecza, ołtarzu Wita Stwosza w krakowskiej Bazylice Mariackiej. Dla przypomnienia – jego budowa zajęła 12 lat (1477-1489). Zachwytom współczesnych artyście nie było końca, a rajcy miejscy nie żałowali ani grosza wydanego na wielkie dzieło. A groszy tych było sporo, gdyż łączna cena ołtarza odpowiadała rocznym wydatkom stołecznego miasta Krakowa.

Jego obecna konserwacja zajęła z kolei 5,5 roku – od 2015 roku do lutego 2021 roku.

Jak zabezpieczano ołtarz w przeszłości?

Prace prowadzone w latach 2015- 2021 nie były rzecz jasna pierwszymi w dziejach ołtarza pracami mającymi na celu jego konserwację i zabezpieczenie dla kolejnych pokoleń wiernych i odwiedzających.

Najstarsze informacje mówiące o opiece nad zachowaniem ołtarza w dobrym stanie pochodzą już z 1533 roku. Zmiana mody w sztuce w XVII wieku omal nie doprowadziła do sytuacji, że słynny ołtarz byłby znany jedynie historykom sztuki  z zapisków w dokumentach. Na szczęście brak pieniędzy uniemożliwił wymianę starego „niemodnego” ołtarza gotyckiego na nowy, „modny” barokowy ołtarz.

Z upływem lat stary ołtarz Wita Stwosza wymagał prac konserwatorskich. Jego wyjątkowa wartość została doceniona dopiero w XIX w.  W 1822 roku zachwycił się ołtarzem jeden z największych artystów epoki klasycyzmu, duński rzeźbiarz Bertel Thorvaldsen, który wykonał rzeźby do kaplicy Potockich w katedrze wawelskiej. Wraz z rosnącym zainteresowaniem ołtarzem sprawa jego konserwacji stawała się coraz pilniejszym zadaniem.

Do tzw. Wielkiej  Konserwacji doszło w latach 1866-1869 pod kierunkiem Władysława Łuszczkiewicza i Jana Matejki. Pomimo starań o zachowanie ołtarza w formie jak najbliższej oryginałowi, dokonano kilku zmian i przemalowań. 

Kolejne prace, przed II wojną światową miały na celu wykonanie korekty poprzednich prac i dalszego odtwarzania oryginalnej kolorystyki polichromii.

Trzecie z kolei prace, wykonane 1946-1950, były wynikiem dramatycznej historii ołtarza w czasie wojny, kiedy został wywieziony do Norymbergi i tam przechowywany w nienajlepszych warunkach.  Po powrocie z Norymbergi zaawansowane prace konserwatorskie były niezbędne dla przywrócenia blasku arcydziełu Wita Stwosza. 

Zanim doszło do obecnych, najdłuższych i najbardziej złożonych prac przy ołtarzu, dwukrotnie (lata 80-e i 90-e XX w.) wykonano szereg prac.

Najnowsze prace konserwacyjne

Przed przystąpieniem do najnowszych prac konserwacyjnych wykonano trójwymiarowy skan laserowy i na podstawie tak przygotowanej dokumentacji przystąpiono do prac. Prowadził je Międzyuczelniany Instytut Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki. Podczas wykonywania prac konserwacyjnych żadna z rzeźb i żaden z innych elementów nie opuściły Bazyliki Mariackiej. Ze względu ma mikroklimat ważny dla zachowania ponad 500 letniego dzieła sztuki, zdecydowano się stworzyć pracownię konserwatorską na tyłach ołtarza. 

Ze względu na wieloletnie prace, zdecydowano się o pracach prowadzonych etapami, tak by zwiedzający świątynię mieli możliwość zobaczenia przynajmniej części ołtarza, która jeszcze nie była przedmiotem prac, bądź też fragmenty ołtarza, które poddano już pracom konserwacyjnym.

O skali prac jakie wykonano, niech świadczą wymiary ołtarza – wysokość 13 m, szerokość 11 m, całkowita powierzchnia części dekoracyjnej 866,52 m kw, blisko 400 rzeźb i płaskorzeźb, całkowita powierzchnia odwrocia 107,45 m kw, powierzchnia zwieńczenia 67,37 m kw. 

Łączny koszt prac wyniósł ok. 14 mln złotych. A rezultat tych prac jest wprost olśniewający. 

To co jednak może wszystkich zaciekawić najbardziej, to odkrycia jakich dokonano podczas prac konserwacyjnych i jakie są różnice w wyglądzie ołtarza w stosunku do sytuacji sprzed prac.

Odkrycia

Dużym zaskoczeniem okazało się, wbrew dotychczasowym opiniom, że architektoniczne zwieńczenie ołtarza jest niemal w całości oryginalne, średniowieczne, a nie powstałe podczas prac konserwatorskich w XIX w. Jedynym elementem pochodzącym z XIX stulecia są kapitele na których stoją postacie św. Stanisława i św. Wojciecha. Wszystkie pozostałe elementy zwieńczenia są oryginalne, z czasów Wita Stwosza. Obejrzenie oryginalnych kapiteli jest jednak możliwe. Wystarczy odwiedzić Muzeum Jana Matejki, który był przecież jednym z dwóch kierujących pracami nad ołtarzem w tamtym czasie i tam, w muzeum poświęconym wybitnemu artyście, owe kapitele się dziś znajdują.

zwieńczenie ołtarza Wita Stwosza

Największą sensacją było jednak znalezienie daty 1486 na rękawie szaty apostoła św. Jakuba Starszego z głównej sceny Zaśnięcia NMP. Wszystkie rzeźby w tej scenie zostały tak ustawione względem siebie, że dzieli je czasem tylko odległość kilku milimetrów, a to z kolei oznacza, że musiały powstać w tym samym czasie co figura św. Jakuba, czyli na 3 lata przed poświęceniem ołtarza w 1489 roku. “Tam nie ma przypadków. Wszystkie figury zostały bardzo precyzyjnie wyrzeźbione”, jak stwierdził główny konserwator dr. hab. Jarosław Adamowicz, który kierował międzynarodowym zespołem specjalistów, podczas spotkania, w którym uczestniczyliśmy.

Odkrycie śladów malowania rzeźb predelli, czyli podstawy ołtarza zdaje się wskazywać, że była ona oryginalnie przeźroczysta, a ołtarz można było obejść dookoła.

O ile dębowa szafa ołtarza jest oryginalna, z wyjątkiem desek tła, to niestety skrzydła, ważące około pół tony każde, są z późniejszej epoki, choć wszystkie rzeźby są oryginalne. Natomiast ramy szafy są pierwotne.

Naukowcy i konserwatorzy nie mieli generalnie żadnych problemów z ustaleniem, jaki miała kolor oryginalna, gotycka polichromia. Jedynymi wyjątkami od tej reguły są figura św. Wojciecha (na zwieńczeniu po prawej stronie) oraz grupa 2 postaci i 2 aniołów w scenie Wniebowzięcia NPM. W obu przypadkach odkryto tam bardzo skromne zaledwie pozostałości polichromii gotyckiej.

Ciekawym wyzwaniem jest odkrywanie różnic między stanem przed i po pracach konserwacyjnych. Nie polegały one bowiem tylko na odkurzeniu i stwierdzeniu, że nie ma zagrożenia grzybami lub pleśnią. W trakcie prac starano się o przywrócenie wielu oryginalnych kolorów i detali zdobniczych.

Najważniejsze zmiany po najnowszej konserwacji

Jedną z pierwszych różnic, którą zauważamy wchodząc do Kościoła Mariackiego, jest inny kolor tła ołtarza. Kolor tła nie jest już jednolicie błękitny. Ten błękitny kolor został wprowadzony podczas konserwacji ołtarza w latach 1946-1950 przez prof. Słoneckiego i był to jednorodny błękit, którym pokryto wszystkie wcześniejsze nawarstwienia, bez względu na to, jaki to był element ołtarza.

To, co dzisiaj widzimy, to tzw. kompilacja. Kompilacja elementów, które są pierwotne i na których znajduje się pierwotny błękit azurytowy oraz azuryt, który został zrekonstruowany na potrzeby kolorystyki lokalnej. Dziś nie każda kwatera ma ten sam kolor, jak to miało miejsce przed 2015 rokiem. Na krańcowych deskach tła, które jako jedyne były oryginalne, odkryto pozostałości odcienia błękitu, zwanego właśnie azurytem i to ten odcień jest aktualnie dominującym, choć w różnym natężeniu.

Każdy, kto widział chociaż raz ołtarz Wita Stwosza, od razu zwraca uwagę na kolejną istotną różnicę. Jest nią zmiana koloru krawędzi szafy ołtarzowej, oraz kwater na skrzydłach na cynobrowy (odcień czerwieni). Kolor odtworzono na podstawie znalezionych fragmentów pigmentu tej barwy. Przywrócono tym samym dość typowy element zdobniczy dla średniowiecznych ołtarzy, zwłaszcza dla twórców szkoły krakowskiej.

Czasem tylko jeden detal zmienia kolor i nie każdy pamięta szczegóły, by to dostrzec. Przykładem są rękawiczki św. Wojciecha, które zmieniły kolor z białego na czerwony.

Chociaż oparto się pokusie odtwarzania brakujących palców u postaci, które odpadły przed wiekami, konserwatorzy zdecydowali się na kilka przesunięć będących wynikiem dokonanych odkryć. Niektóre zmiany są niewidoczne. Przy liczącej ponad dwa metry figurze apostoła trudno zaważyć przesunięcie o kilka centymetrów. Zmieniło się także ułożenie części z postaci drugoplanowych pośród apostołów w scenie Zaśnięcia, jest ono obniżone o kilkanaście centymetrów.

Sporo zmian doszło w predelli ołtarza, gdzie znajduje się przedstawienie Drzewa Jessego. Dokonano przestawienia figur na drzewie genealogicznym Maryi na podstawie ilustracji sprzed prac konserwatorskich Łuszczkiewicza i Matejki.

Z innych przesunięć warto wspomnieć o „przemieszczeniu się” charakterystycznej figury krakowskiego żaka.

Na zakończeniu warto wspomnieć o przemieszczeniu części promieni Glorii znad głowy Maryi w scenie Zwiastowania. Z lewa górnej kwatery otwartego ołtarza nad głową Maryi w scenie Pokłonu Trzech Króli do lewej dolnej kwatery otwartego ołtarza, gdzie ich dotychczas nie było.

Licznych, drobnych zmian jest jeszcze więcej. Bez względu na to, czy je dostrzeżemy, czy też nie, odbiór ołtarza po zakończeniu prac jest niesamowity i robi olbrzymie wrażenie.

Zwiedzanie Kościoła Mariackiego z przewodnikiem

Zapraszamy na spotkanie z ołtarzem. Chętnie go Państwu pokażemy i opowiemy wiele niezwykłych szczegółów z jego historii, jak też i całej Bazyliki Mariackiej. Wiadomo np. jaki jest ciężar figury przedstawiającej św. Jakuba podtrzymującego zasypiającą Marię (na zdjęciu poniżej) i że jest to nieco ponad 248 kg. Pozostałe wielkie figury ważą między 180 a 220 kg każda. Chętnie podzielimy się z Wami dodatkowymi ciekawostkami podczas zwiedzania 🙂 – np. odnośnie pozłoceń figur, wykorzystania srebra, wagi płaskorzeźb, ich liczby, ewentualnych problemów z drewnojadami i długo by tu wymieniać 😉

Kraków Zdrój – czy to możliwe?

Kraków “Zdrój”

„Pojechać do wód” – to XIX wieczne powiedzenie o kuracji mineralnymi wodami leczniczymi kojarzy się z wyjazdami do Krynicy, Szczawnicy lub Iwonicza. W żadnym wypadku nie przyjdzie nikomu na myśl Kraków.

A tymczasem w 1910 roku wystarczyło się oddalić nieco ponad 3 kilometry od krakowskiego Rynku Głównego, by móc poddać się zabiegom leczenia wodami. Chodziło głównie o choroby układu pokarmowego, kobiece i inne.

Kraków uzdrowisko Mateczny

Uzdrowisko Kraków


Kraków przed I wojną światową został … uzdrowiskiem.

Gdy w dzisiejszych czasach dotrzemy w okolice Ronda Matecznego w godzinach szczytu, wdychając powietrze pełne spalin, nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że znajdujemy się tuż obok zakładu leczniczego.

Ale po kolei. Cofnijmy się w czasie do przełomu XIX i XX wieku.


W połowie lat 80-ych XIX wieku do położonego obok Krakowa miasta Podgórza przybył pochodzący ze Styrii inżynier Antoni Mateczny (1859 – 1934). Choć urodził się w Reifnigg (ob. Ribnica w Słowenii), to jego rodzina pochodziła z Moraw. Po przyjeździe do Galicji szybko nauczył się języka polskiego.
Podgórze przeżywało w tym czasie boom budowlany. W związku z tym młody inżynier szybko znalazł pracę przy budowach domów i kolei wiedeńskiej na odcinku Kraków-Żywiec. Pracowitość i umiejętność nawiązywania kontaktów pozwoliła Matecznemu szybko stworzyć dobrze prosperującą firmę budowlaną.

Antoni Mateczny

Po zdobyciu wystarczającego kapitału, pan Antoni zdecydował się osiąść na stałe w Podgórzu i zbudować dom dla siebie, żony i dwóch córek. Po nabyciu wybranej parceli stanął dom „Modrzewiówka” (obecnie na jego miejscu jest Rondo Matecznego), a następnie rozpoczęto kopanie studni w miejscu wskazanym przez różdżkarza.

Jak głosi legenda, po kilku godzinach kopania, szyb studni sięgnął głębokości ponad 30 metrów, ale wody nadal nie było. Kopacze zwątpili już niemalże w zdolności różdżkarza. Udało się ich namówić do dalszej pracy dopiero, gdy Mateczny obiecał robotnikom dodatkową zapłatę, jeśli do zachodu słońca dokopią się do wody. Faktycznie- kilka godzin później, z głębokości 36 metrów wytrysnęła woda o żółtawym kolorze i charakterystycznym zapachu. Tego rodzaju woda była znajoma Matecznemu, który co roku jeździł do Karlsbadu (ob. Karlove Vary), „do wód”.

O budowie Matecznego

Wpierw Antoni Mateczny musiał uzyskać koncesję w Wiedniu na wyłączność prac górniczych na terenie Podgórza. Następnie przedsiębiorczy inżynier na bazie odkrytego źródła otworzył w 1905 roku Zakład Przyrodoleczniczy Wody Siarczano- Solankowej Antoniego Matecznego. 10 lat później, po połączeniu Podgórza z Krakowem, zakład znalazł się w granicach Krakowa, a miasto stało się „uzdrowiskiem”.
Wśród pacjentów bywali znamienici goście, jak arcyksiążę Habsburg z Żywca, czy właściciel okocimskich browarów, baron Goetz.

Mateczny uzdrowisko

Jak funkcjonowało uzdrowisko Mateczny?

W czasach świetności, czyli od założenia w 1905 roku, aż do wybuchu II wojny światowej zakład był czynny od czerwca do września. Przyjmował rocznie około 400 osób. Tamtejsza woda lecznicza, „Krakowianka” przypominała słynną, gruzińską Borżomi. Wykorzystywano ją do leczenia chorób układu pokarmowego, nerwowego oraz chorób skórnych i kobiecych.
Wraz z okupacją Krakowa przez Niemców zakład, prowadzony po śmierci Antoniego Matecznego przez jego córkę Marię, został zajęty przez okupanta. Wyposażenie zdrojowe zostało zdewastowane, a w budynkach otwarto fabrykę gumy syntetycznej. Produkowano tam m. in. prezerwatywy dla żołnierzy Wehrmachtu.

Po zakończeniu wojny zakład upaństwowiono i ponownie podjęto działalność leczniczą.
Wrogiem uzdrowiska stał się rozwój motoryzacji. Jeszcze przed wojną, w 1936 roku, zburzono dom Matecznych „Modrzewiówkę”, aby zbudować nowy węzeł komunikacyjny z rondem. W latach 50-tych z terenu zakładu został wydzielono teren pod stację benzynową. Zdecydowano się na likwidację źródła, które jednak przez wiele lat spontanicznie „przebijało” się na powierzchnię.

Dla ponownego otwarcia uzdrowiska w 1956 roku, wykopano nowy zastępczy otwór. Zakład Matecznego został połączony i administracyjnie podporządkowany Uzdrowisku w Swoszowicach.
W 1969 roku na terenie zakładu otwarto rozlewnię wody „Krakowianka”, której spożywanie w codziennej diecie zalecał mieszkańcom grodu Kraka słynny lekarz, profesor Julian Aleksandrowicz.
Niestety w latach 90-tych „Krakowianka” przegrała konkurencję z tańszymi wodami pseudomineralnymi i jej produkcję zakończono.

uzdrowisko Mateczny

Uzdrowisko Mateczny w XXI wieku

Na początku XXI wieku teren zakładu został zwrócony spadkobiercom Antoniego Matecznego, którzy sprzedali go w 2003 roku spółce IPR.

W chwili obecnej trwają prace nad wykończeniem budynku pijalni. Woda nie będzie już wykorzystywana do kąpieli, a jedynie podawana w kubkach oraz sprzedawana w butelkach. Będzie też nosiła nową nazwę, „Anton”, gdyż tradycyjna nazwa „Krakowianka” została zastrzeżona przez innego producenta. Właśnie w formie pitnej ma największe wartości i warto tę wodę stosować m.in. w profilaktyce kamicy nerkowej, pomaga na zaparcia i podrażnienia jelita grubego. Zaleca się ją pić dla obniżenia poziomu cholesterolu. Dobra jest zarówno na otyłość, jak i na kaca.

O tym, czy woda nam zasmakuje, będziemy mogli się dowiedzieć prawdopodobnie jesienią tego roku.


Historia uzdrowiska na terenie Krakowa trwa nadal, ale chyba jednak nigdy do nazwy Kraków nie zostanie dodany tytuł „Zdrój” 😉

Podobóz KL Auschwitz – Arbeitslager Golleschau w Goleszowie

Historia podobozu KL Auschwitz w Goleszowie

W bardzo mroźny dzień, 21 stycznia 1945 roku, ze stacji Goleszów, wyruszył dwuczęściowy wagon towarowy. W jego wnętrzu znajdowało się blisko stu wychudzonych, przemarzniętych więźniów. Byli ubrani jedynie w obozowe pasiaki i okryci kocami, które do tej pory służyły im jako okrycie na drewnianych pryczach, na których sypiali. Historia podobozu KL Auschwitz – Arbeitslager Golleschau dobiegła końca.

Podobóz Goleschau

Czym był podobóz w Goleszowie

O ile wiedza o głównych obozach kompleksu Auschwitz-Birkenau jest powszechna na całym świecie, to wiedza o 40 jego podobozach jest niewielka. Szczególnie tych położonych dalej od Oświęcimia.

Jednym z takich podobozów był obóz w Goleszowie (niem. Golleschau), miejscowości położonej 9 km na wschód od cieszyńskiego rynku.

Powstał on w lipcu 1942 roku na terenie cementowni założonej na przełomie XIX i XX wieku, wykorzystującej pobliskie złoża wapnia i margla. Do wybuchu wojny cementownia w Goleszowie zatrudniała ponad 1,5 tysiąca robotników, a jej produkcja wynosiła ok. 35 tys. ton cementu rocznie.

Armia niemiecka zajęła Goleszów 2 września 1939 roku. Cementownia początkowo pracowała normalnie. Polityka okupanta polegająca m.in. na przymusowym wcielaniu do Wehrmachtu sprawiła, że zakład tracił swoich pracowników i produkcja cementu była coraz mniejsza. Tymczasem cement miał znaczenie strategiczne, służył m.in. do budowy umocnień czy bunkrów np. na Wale Atlantyckim. 

Cementownia podobóz Auschwitz

Utworzenie KL Auschwitz – Arbeitslager Goleschau

Latem 1942 roku cementownię przejęło SS i zdecydowało się zastąpić brakujących robotników więźniami z obozu w Auschwitz. W lipcu 1942 przybyły kolejno dwa transporty, łącznie 21 polskich więźniów, którzy mieli dostosować część cementowni do roli obozu pracy podległego bezpośrednio komendantowi obozu w Auschwitz.

Na terenie cementowni specjalną taśmą wyodrębniono część, w której przebywali wyłącznie więźniowie, którzy za próbę przekroczenia jej byli karani śmiercią. Budynek dawnych pieców przekształcono na część mieszkalną, przy której utworzono plac apelowy. Po drugiej stronie placu zbudowano barak dla SS. Terenu pilnowali strażnicy na czterech wieżach.  Gdy prace przygotowawcze dobiegły końca, z  Auschwitz zaczęły przybywać kolejne transporty więźniów, w większości Żydów pochodzących z Czech, Francji czy Węgier. Pod koniec 1942 roku było ponad 400 więźniów, by dwa lata później osiągnąć maksymalną liczbę ponad 1100. 

Część wieźniów pracowała na terenie cementowni, wielu jednak codziennie wychodziło do pracy do kamieniołomu, który był podzielony na cztery sektory. Dodatkowe komando więźniów nieustanie budowało nowe trasy dla wagoników transportujących wapień i margiel z okolicznych kamieniołomów. Przystąpili również do budowy kolejki linowej do transportu kamienia, która jednak została uruchomiona dopiero po zakończeniu wojny.

Praca, z wyjątkiem okresu zimowego, odbywała się na dwie zmiany – pierwsza od 4 rano do godz 12 i druga od godz. 12 do godz. 20. Więźniowie byli skrajnie wyczerpani pracą, osłabieni marnym wyżywieniem, które wydawano według tych samych norm, jak w głównym obozie Auschwitz. Wielokrotnie dochodziło do bicia więźniów i egzekucji, szczególnie po nieudanych próbach ucieczek.  Najsłabszych więźniów początkowo wysyłano do uśmiercenia w Auschwitz, w  późniejszym okresie zabijano ich także na miejscu zastrzykami fenolu.

Podobóz Goleschau

Robotnicy pracujący w nieobozowej części cementowni i mieszkańcy Goleszowa wielokrotnie pomagali więźniom, szczególnie dostarczając żywności i lekarstw. Pod koniec 1944 roku okrucieństwo strażników osłabło, część strażników SS zastąpiono żołnierzami Wehrmachtu. 

Co miał wspólnego Oskar Schindler z likwidacją podobozu w Goleszowie?

Końcowy etap w historii Arbeitsager Golleschau zaczął się w dniach 18 i 19 stycznia 1945, kiedy to z obozu wymaszerowały kilkusetosobowe kolumny więźniów. Był to tragiczny, słynny „marsz śmierci”. Więźniowe obozu goleszowskiego mieli przejść pieszo ponad 60 kilometrów do Wodzisławia, gdzie czekały na nich otwarte wagony towarowe. Wielu z nich zmarło, zanim dotarło do pociągu, wielu zmarło już w trakcie przejazdu w głąb Niemiec otwartymi wagonami. 

Historia ostatniego transportu, który opuścił Goleszów 21 stycznia 1945 miała nieoczekiwanie zakończenie. Podwójny wagon z blisko setką więźniów nie miał w dokumentach wpisanej stacji końcowej. W rezultacie pociąg przez Cieszyn dotarł na Morawy, gdzie był kierowany od stacji do stacji, od obozu do obozu. Po 10 dniach bez zaopatrywania więźniów w żywność czy wodę, pociąg ostatecznie zatrzymał się na stacji Bresau.
W pobliskiej miejscowości zapytano właściciela zakładów zbrojeniowych, zatrudniającego żydowskich więźniów, czy nie jest to przypadkiem transport pracowników do jego fabryki. Ten, przytomnie odpowiedział, że tak, że szukał go od dawna i miał nawet w tej sprawie dzwonić do Berlina. Właścicielem tym był Oskar Schindler. Po rozkuciu zamarzniętych drzwi, wagony czym prędzej otwarto. Niestety dla 16 wieźniów było już za późno. Natomiast pozostali dołączyli do fabryki w Brunnlitz i znaleźli się na słynnej „Liście Schindlera”. Ich losy opisał Thomas Keneally.

Goleszów i tereny poobozowe dzisiaj

Od tamtych czasów minęło  ponad 75 lat. W Goleszowie nie ma już cementowni, ale pamięć o obozie nie uległa zatarciu. W Gminnym Ośrodku Kultury powstała izba pamięci przechowująca pamiątki i przedmioty związane z historią podobozu w Goleszowie, tzw. Izba Oświęcimska. Państwowe Muzeum w Oświęcimiu udostępniło oryginalny stół, taborety i ubrania więzienne. Pośród obiektów zgromadzonych na wystawie zwracają uwagę fotografie rysunków wykonanych na terenie cementowni przez więźnia- Jeana Barischana. Oryginalne rysunki, ukazujące pracę codziennną więźniów, z wielką starannością zdjęto ze ścian i przewieziono do Muzeum w Oświęcimiu. Do najciekawszych przedmiotów należy także portret jednego z pracowników cementowni wykonany przez więźnia. 

Pozostałości samego obozu są nieliczne, ale warte uwagi. Kominy cementowni wyburzono 25 lat temu w latach 1995-96. Pozostałe budynki również. Zachowano jednak tzw. budynek Starych Pieców, gdzie w czasie wojny zamieszkiwali więźniowie.

Pobliskie kamieniołomy na Jasieniowej, nieczynne od wielu lat, pozarastały przez bujną rośliność. Można jednak natrafić na ich ślady. Wyróżnia się pośród nich dawne wyrobisko margla, przekształcone w liczące prawie 2 hektary powierzchni jezioro Ton, jak również wąwóz Ejsznyt (od niemieckiego ein schnitt – wcięcie), pozostałość po jednym za kamieniołomów, widoczny z daleka.

Kamień do cementowni był pozyskiwany także z nadal czynnego kamieniołomu w Lesznej. Kamień stamtąd miał być transportowany kolejką linową, którą uruchomiono ostatecznie po wojnie. Nieczynna od lat 70-ych kolejka został zdemontowana. Pozostały jedynie betonowe fundamenty zbudowane przez więźniów i most kryjący drogę przebiegającą poniżej kolejki, jako osłona przed spadającymi kamieniami. 

Zwiedzając okolice Goleszowa, skąd z wielu miejsc rozpościerają się przepiękne widoki, z trudem przychodzi sobie wyobrazić dramat, jaki tu się rozgrywał w czasie II wojny światowej. Warto jednak pamiętać, że obóz w Auschwitz, poza miejscami najbardziej znanymi, z symbolami rozpoznawanymi na całym świecie, jak brama z napisem „Arbeit mach frei” czy Brama Śmierci w Birkenau,  to także miejsca niemniej tragiczne, choć mniejsze, mniej znane, trochę zapomniane, jak podobóz w Goleszowie.

autor tekstu: Tomasz Walczyk

zdjęcia: Małgorzata Zielina

Kiedy odbył się pierwszy rejs wycieczkowy w Krakowie?

Pierwszy rejs wycieczkowy parowca “Kraków”

Dokładnie dzisiaj, 5 października, mija 170 rocznica pierwszego w Krakowie rejsu wycieczkowego statkiem o napędzie mechanicznym.

W związku z okrągłą rocznicą przedstawiamy pierwszą rekonstrukcję wyglądu tego historycznego parowca i przedstawiamy przebieg tej wycieczki.

statek kraków

Znaczenie litografii Franciszka Sandmanna

Do rekonstrukcji wyglądu statku, którego plany nie zachowały się,  posłużył niewielki fragment widoku “Krakowa” na litografii Franciszka Sandmanna z roku 1850. Wizerunek statku, a właściwie tylko jego połowy znajduje się w prawym, dolnym narożniku powyższej ilustracji. Do pełnej rekonstrukcji, hipotetycznej, zostały wykorzystane podobizny i rysunki statków z epoki, zwłaszcza należących do właściciela „Krakowa”. A był nim Andrzej hrabia Zamoyski.

portret Andrzeja Zamoyskiego

Historia rejsu statku “Kraków”

Historia rejsu statku „Kraków” rozpoczęła się w Warszawie.  To tam w 1848 roku powstała spółka “Żeglugi Parowej na Rzekach Spławnych Andrzeja hrabiego Zamoyskiego et Compania”. Przesiębiorstwo rozwijało się prężnie i budowało statki na Solcu w Warszawie.  Jednym z nich był liczący sobie 38 metrów długości holownik „Kraków”.

17 września 1850 r „Kraków” wypłynął z Warszawy i udał się w górę rzeki holując dwie barki. 19 września po postoju w Holendrach Kozienickich, już bez barek, z hrabią Andrzejem Zamoyskim na pokładzie, statek wyruszył w drogę do Krakowa. Rejs trwał blisko 2 tygodnie. Jego przebieg opisywał regularnie krakowski „Czas”.

2 października „Kraków” dotarł do Krakowa. Po powitaniu gości przez władze i mieszkańców miasta, na statku podjęto przygotowania do pokazowego rejsu wycieczkowego, który miał dać początek nowej rozrywce Krakowian. Rozmawiano także o wykorzystaniu Wisły w transporcie i handlu.

5 października 1850 roku na statek przybyła gromada chętnych do odbycia rejsu.

O przebiegu tego rejsu niech najlepiej opowie ówczesny reporter „Czasu” …

„Kraków idzie do Bielan! Wszystko to tak bajecznie brzmi, że niejeden z czytelników posądziłby nas o mistyfikacyę , i to nie tylko czytelnik odleglejszy, ale nawet krakowski, bo mało kto wynurzył się z miasta, aby na swe żywe oczy się przekonać, że istotnie pod starym Krakowem, na starszej jeszcze Wiśle, kołysze się pierwszy statek parowy: „Kraków”.

A przecież tak jest; co przed kilka dni jeszcze było bajką, dziś już jest rzeczywistością! W niedzielę bowiem szanowny przedsiębiorca postanowił, w towarzystwie kilkunastu zaproszonych gości, puścić się swym statkiem do Bielan, w celu rozpoznania koryta Wisły w tej okolicy.

Jakoż w rzeczy samej  50 minut na 11tą godzinę, przeszedł statek po pod łuki nowego mostu, rozwarto stary [most – przyp. aut.] i wszyscy mimo udzielonej przez patrona wiadomości, że woda przez noc o jedną stopę spadła, ruszyli jak najweselej w drogę. Jedni chwalili spokojny, regularny, prawie niedający się czuć ruch statku, inni oglądali maszynę i podziwiali jej dokładność, inni znowu smakowali sobie w tej ruchomej przedziwnej panoramie, która jak wstęga im się przed oczyma roztaczała, natkana gęsto kościołami  tuż po sobie przesuwającymi się. Już mijaliśmy Skałkę, sędziwe zamczysko, już Zwierzyniec. Już się wynurzył zakłopotany kopiec Kościuszki – gdy nagle okrzyk patrona : Stop ! I pokłony mimowolne pasażerów dały uczuć, żeśmy nagle stanęli.

Po krótkiej eksploracyi, majtkowie swoim oświadczyli językiem, że woda jest zamkniętą; statek zazgrzytał  jeszcze nieco po żwirze, lecz w końcu patron oświadczywszy, że dalej nie pójdzie, trzeba było chcąc-niechcąc wrócić.  O kwadrans po 12ej wysiedliśmy na ląd, pożegnawszy uprzejmego przedsiębiorcę z szczerym życzeniem dla niego i dla nas, aby to jego przedsięwzięcie tak płodne w skutki, również nieosiadło na rafach i mieliznach, którym nazwisko: obojętność, niedbalstwo i próżniactwo!

Rekonstrukcja wyglądu statku “Kraków”, autor: Tomasz Walczyk

Pierwszy rejs wycieczkowy pod Wawelem trwał niecałe 1,5 godziny. Parowiec „Kraków” wyruszył w drogę powrotną do Warszawy wpływając po drodze na wody Dunajca i Sanu. „Kraków” dotarł do Warszawy na początku listopada. 

Niestety, Krakowianie musieli czekać kolejne 40 lat na następną próbę zorganizowania rejsów wycieczkowych na Wiśle.  Warto pamiętać o tej pierwszej próbie. 

parowiec Włocławek
Parowiec Włocławek, należący do spółki Zamoyskiego, który posłużył do rekonstrukcji wyglądu statku “Kraków”

Filmowa stacja w Kasinie Wielkiej

Znana i nieznana stacja kolejowa w Kasinie Wielkiej

Co może łączyć tak różne tytuły filmowe jak: słynna „Lista Schindlera” Stevena Spielberga, „Katyń” Andrzeja Wajdy czy „Karol, człowiek, który został papieżem” Giacomo Battiato?  Tym łącznikiem jest stacja kolejowa w Kasinie Wielkiej, w Beskidzie Wyspowym, w powiecie limanowskim. A właściwie to jej mały, ale bardzo urokliwy budynek stacyjny.

stacja w Kasinie Wielkiej

O budowie stacji kolejowej w Kasinie Wielkiej

Stację w Kasinie zbudowano  w roku 1884 r. Jej budowa była częścią wielkiej inwestycji cesarstwa Austro-Węgier, tzw. Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Powodem jej powstania były austriackie plany militarne stworzenia,  w przypadku rosyjskiej agresji, alternatywnego połączenia kolejowego z Wiednia do Lwowa.

Trasa miała prowadzić przez rejony górskie Karpat.  Jej powstanie miało również być impulsem do rozwoju gospodarczego tego regionu. Głównymi stacjami miały być Żywiec, Sucha Beskidzka, Nowy Sącz, Jasło, Krosno, Sanok, Zagórz, Chyrów, Sambor,  Drohobycz, Stryj i Stanisławów. Jej łączna długość wynosiła 768 km, w tym 577 km  było nowo zbudowanych . 

Poza wymienionymi stacjami był też szereg mniejszych obiektów i jedną z nich była stacyjka w Kasinie Wielkiej. To, co wyróżnia ten niepozorny budynek to fakt, że była to najwyżej położona na trasie stacja na polskich ziemiach (570 m n.p.m).

Kasina Wielka - stacja kolejowa

Otwarcie linii odbyło się z wielką pompą. Fakt ten upamiętnia płyta pamiątkowa na fasadzie budynku. Umieszczono ją w setną rocznicę śmierci budowniczego odcinka od Suchej Beskidzkiej do Nowego Sącza. Był nim inżynier Apolinary de Dziula Dziewolski (1842-1918), absolwent jednego z wiedeńskich uniwersytetów. 

16 grudnia 1884 r. podczas uroczystego otwarcia ruchu pociągów,  sam cesarz Franciszek Józef I  w dowód uznania udekorował Dziewolskiego złotą szpilą z brylantem, wyjętą z własnego krawata.

Historia stacji w Kasinie Wielkiej podczas I i II wojny światowej

Kolej Transwersalna dobrze spełniała swoją rolę w pierwszych miesiącach pierwszej wojny światowej. To tędy przemierzały transporty wojsk przerzucanych do tzw. operacji limanowsko-łapanowskiej w grudniu 1914 r. 

W czasach niepodległej Polski linia ta była z powodzeniem wykorzystywana do przewozu pasażerów i towarów. 

W czasie II wojny światowej, 2 sierpnia 1944 oddział Armii Krajowej wysadził niemiecki pociąg z transportem, blokując ten ważny szlak kolejowy. Fakt ten upamiętnia druga z tablic pamiątkowych umieszczonych na fasadzie bydynku stacyjnego.

Filmowa stacja w Kasinie Wielkiej

Powojenna historia stacji w Kasinie Wielkiej

Po wojnie był to nadal ważny szlak  kolejowy. Niestety, podmycia przez kolejne powodzie, brak pieniędzy na modernizację linii, doprowadził do jej zamknięcia. W tej sytuacji sama stacja w Kasinie Wielkiej przestała pełnić swą funkcję.

Wyjątkiem są letnie weekendy, kiedy to ożywia się ruch na stacji. Wówczas od strony Chabówki przyjeżdża pociąg retro składający się z dawnych wagonów z tamtejszego skansenu kolejowego, ciągnięty przez lokomotywę. Dla miłośników nieśpiesznej podróży, w dawnym stylu, stanowi to niewątpliwie wielką atrakcję i okazję do podziwiania malowniczych krajobrazów Beskidu Wyspowego.

Polskie koleje sprzedały budynek nieczynnej stacji prywatnemu właścicielowi. W 2015 roku budynek stacji wyremontowano i przekształcono w dom z pokojami do wynajęcia. Tuż obok znajduje się stacja narciarska na Śnieżnicy. W związku z tym “Stacja Kasina” może być dobrym rozwiązaniem dla wszystkich miłośników zimowego szaleństwa, którzy chcą przenocować tuż przy trasie narciarskiej.

Stacja kolejowa w Kasinie Wielkiej – czyli o scenach filmowych, które tam były kręcone

Wygląd typowej małej stacji sprzed ponad stu lat, brak regularnego ruchu kolejowego a zarazem działające połączenie ze skansenem w Chabówce, gdzie można wynająć historyczne lokomotywy i wagony, stały się powodem, dla którego filmowcy upodobali sobie stacyjkę w Kasinie Wielkiej.

Lista Schindlera na stacji w Kasinie Wielkiej
Stopklatka z filmu “Lista Schindlera” , 1 min 54 sek filmu, prod. Universal Pictures

Przypomnijmy zatem tytuły filmów, jakie tutaj zostały nakręcone :

  • Lista Schindlera (1993 r.), pierwszy film nakręcony w Kasinie, stacja występuje pod własną nazwą
  • Boże Skrawki (2001)
  • Karol. Człowiek, który został papieżem (2005), w tym filmie stacja w Kasinie Wielkiej “odgrywa rolę” stacji w Wadowicach
  • Szatan z siódmej klasy (2006) w nowej ekranizacji
  • Katyń (2006), na stacji w Kasinie kręcono sceny pokazujące miejsce wywózki polskich oficerów do obozów przejściowych
  • Szpiedzy w Warszawie (2012) polsko-brytyjski mini serial
  • Piłsudski (2018), w którym stacja w Kasinie Wielkiej została ucharakteryzowana na stację w Bezdanach, gdzie grupa bojowa PPS napadła na rosyjski pociąg pocztowy.

Wszystko na to wskazuje, że przygoda stacji z kinem będzie trwała nadal przez kolejne lata.

W czerwcu tego roku do Kasiny dotarła kolejna ekipa filmowa pracująca nad ekranizacją powieści Marka Krajewskiego „Erynie”, której akcja toczy się we Lwowie i Wrocławiu.

W jakiej roli wystąpi „filmowa stacja” w Kasinie Wielkiej, dowiemy się w przyszłym roku, gdy film będzie gotowy.

Tajemnica Góry Zyndrama

O Górze Zyndrama

Podczas wykopalisk archeologicznych często się zdarza, że badacze poszukając czegoś, znajdują coś zupełnie innego i okazuje się, że jest to odkrycie o wiele ważniejsze, niż by się można spodziewać. I niekoniecznie musi to być od razu złoty skarb. Tak właśnie się stało na Górze Zyndrama w Maszkowicach, niedaleko Łącka, w powiecie nowosądeckim.

Osada na Górze Zyndrama

Czego poszukiwano na Górze Zyndrama?

Według tradycji na szczycie wznoszącej się 410 m n.p.m. góry,  miał wznosić się zamek Zyndrama z Maszkowic, dowódcy polskich chorągwi pod Grunwaldem. Zamek ten miał później ulec rozbiórce. Pozyskany z rozbiórki zamku materiał miał być przeznaczony z kolei na budowę kościoła w pobliskim Łącku.

Badania archeologiczne prowadzone od początku XX wieku oraz w latach 1959-75 niestety nie potwierdziły istnienia na szczycie góry siedziby słynnego rycerza.

Udało się natomiast odkryć prehistoryczną osadę zamieszkałą między 1000 a 50 r. p.n.e.  Nie była to jednak osada wyróżniająca się czymś szczególnym.

Wszystko do czasu…

Dopiero kolejne badania, doprowadziły w 2016 r. do sensacyjnego odkrycia.  Wtedy to, grupa archeologów z Instytutu Archeologii UJ, pod kierownictwem dr. hab. Marcina Przybyły odkryła mur obronny z bramami pochodzący z ok. 1750 r.  p.n.e. 

Tajemnica Góry Zyndrama

Co w tym niezwykłego, ktoś mógłby zapytać. Otóż nie jest to tylko najstarszy mur kamienny na ziemiach polskich, ale jedyny taki odkryty w tej części Europy. Kolejna konstrukcja kamiennego muru w Polsce miała się pojawić dopiero ponad 2,5 tysiąca lat później w czasach budowy kościołów romańskich. 

Dla porównania warto dodać, że w czasie gdy na Górze Zyndrama wznoszono mur, w dalekiej Mezopotamii panował Hammurabi, Średnie Państwo w Egipcie przeżywało kryzys, a na Krecie kwitło życie w pałacu w Knossos. 

Kim byli budowniczowie i skąd przybyli możemy tylko się domyślać. Musieli być bardzo dobrze zorganizowani by zbudować mur długości blisko 200 metrów, grubości 2 metrów i wysokości 3 metrów. Podobne konstrukcje można znaleźć tylko na Bałkanach, np. na Półwyspie Istria oraz w Grecji.

Osadnicy należeli do przedstawicieli wczesnej epoki brązu, kiedy brąz był jeszcze rzadkim i bardzo cennym towarem. Znalezione podczas badań przedmioty i narzędzia mają wiele wspólnego z podobnymi obiektami znalezionymi w osadach położonych wzdłuż dopływu Dunaju, rzeki Cisy.

Tajemnica Góry Zyndrama
Rekonstrukcja  osady: dr hab. Marcin S. Przybyła, UJ

Jaka wyglądała osada na Górze Zyndrama?

Możemy zatem wyobrazić sobie grupę przybyszów z południa Europy z Bałkanów, którzy wybrali miejsce na osadę, z którego było dobrze widać okolicę; położone blisko rzeki, wzdłuż której biegł szlak handlowy. Osada na wzgórzu potrzebowała wzmocnienia obrony murem jedynie od północy i wschodu, ponieważ pozostałe stoki były bardzo strome i nie wymagały zabezpieczenia. I tak powstał długi na 200 metrów mur, wzniesiony z kamieni bez zaprawy. Niektóre kamienie były obrabiane dla nadania bardziej regularnego kształtu. Największe miały do 600 kg wagi. Od strony wschodniej prowadziła wąska furta ze ścianami wykonanymi z pojedynczych ciosanych płyt piaskowca, wysokich na dwa metry.  Główna brama od strony północnej, odkryta w 2017 roku, miała charakter reprezentacyjny. Wejście do środka prowadziło po łuku, co ułatwiało obronę bramy. 

Wewnątrz osady znajdowały się budynki o drewnianej konstrukcji ze ścianami wykonanymi z plecionki gałęzi i obklejonymi gliną. Domy miały do 8 metrów długości i służyły nie tylko do mieszkania ale także jako warsztaty rzemieślnicze. Na terenie osady znaleziono olbrzymie ilości ceramiki a także kości zwierząt hodowlanych, głównie bydła i owiec.

Osada nie istniała zbyt długo. Mniej więcej pół wieku po jej założeniu mur obronny stał się murem oporowym dla nowych domostw i powoli zaczął ulegać rozpadowi. Po kolejnych 200 latach osada przestała istnieć. Ludzie wrócili na Górę Zyndrama po kolejnych 500 latach.

Jak zwiedzić teren dawnego grodziska na Górze Zyndrama?

Grodzisko na Górze Zyndrama

Nie ulega wątpliwości, że to wyjątkowe miejsce zasługuje na uwagę zwłaszcza tych, których fascynuje historia i piękne widoki. Wcześniej warto zapoznać się z informacjami  o osadzie na Górze Zyndrama i zobaczyć jej wirtualną rekonstrukcję. Osoby nieprzygotowane być może zachwycą się widokami, ale zachowane fragmenty kamiennego muru i zrekonstruowanej bocznej bramy mogą być nich niezbyt czytelne. Dużą pomocą dla zorientowania się w terenie mogą być również tablice z opisami ustawione w kilku miejscach.  Pomocny powinien być także ten post z opisem miejsca i wskazówkami jak je odwiedzić.

Po dotarciu pod Górę Zyndrama ostatni etap należy pokonać pieszo. Po kilku minutach marszu dość stromym podejściem wyłożonym betonowymi płytami, zwiedzający dociera na szczyt wzgórza od strony północnej. Część głównej bramy jest przykryta brezentami, gdyż badania archeologiczne jeszcze się nie zakończyły. Po dojściu do tego miejsca należy iść wzdłuż częściowo odtworzonego muru do bramy wschodniej. Przez bramę można wejść do środka i dotrzeć na szczyt Góry Zyndrama. Po drodze i w środku jest kilka tablic w przystępny sposób opisujących to, co odkryli badacze. 

Tajemnica Góry Zyndrama

Kto wie ile jeszcze tajemnic i sensacji czeka na archeologów na polskich ziemiach ?

link do badań archeologicznych UJ: https://tiny.pl/7prt7