508 051 555, 604 534 354 info@slowtravel.pl
Zamek w Krynicy- Zdrój?

Zamek w Krynicy- Zdrój?

Ile lat ma Krynica-Zdrój ? Czy jej historię należy liczyć od 1793 roku, kiedy powstało zdrojowisko, czy może jednak powstała wcześniej ?

Pytanie o wiek Krynicy jest jak najbardziej na czasie, ponieważ w styczniu tego roku ma miejsce okrągła, 475 rocznica założenia wsi Krynica, czy też jak podówczas pisano Krzenycze.

Zamek w Krynicy Zdroju

Na terenie jakiego państwa powstała Krynica?

Odpowiedź wydaje się oczywista – na terenie Królestwa Polski. Ale równie prawidłowa będzie odpowiedź, że na terenie Państwa Muszyńskiego. Państwem Muszyńskim nazywano latyfundium, czyli dużą posiadłość ziemską, należącą od XIII wieku po 1781 r. do biskupów krakowskich. Zarządzał nim starosta mający swoją siedzibę na zamku w Muszynie, którego ruiny zachowały się do naszych czasów.

8 stycznia 1547 roku biskup Samuel Maciejowski nadał niejakiemu Dankowi z Miastka, (czyli obecnego Tylicza) przywilej lokowania na surowym korzeniu wsi Krynica. Kim był sam Danko?, nie wiadomo. Musiał jednak być zamożnym człowiekiem, gdyż za swoje pieniądze miał osadzić kmieci, a jako dziedziczny sołtys, zbudować młyn, karczmę i trzymać w swym domu jednego rzemieślnika. Mieszkańcy stopniowo rozwijającej się wsi zajmowali się rolnictwem i pasterstwem, z czasem pojawił się też browar. Co najmniej od pierwszej ćwierci XVII wieku, na terenie wsi istniała grecko-katolicka cerkiew.

Dopiero niemal 250 lat później, w 1793 roku zaczyna się historia uzdrowiska w Krynicy, rozwijającego się obok dawnej wsi. Współcześnie stanowią one jeden organizm miejski i mają wspólne dziedzictwo historyczne.

Tajemnicze piwnice przy ul. Reymonta w Krynicy

Piwnice pod zamkiem Krynickim

Właśnie na terenie dawnej wsi Krynica, przy ul. Reymonta zostały uratowane przed zburzeniem tajemnicze piwnice. Solidne, rozległe, zbudowane z kamienia i spojone zaprawą nie są jedną z tzw. „piwnic łemkowkich”, czyli pomieszczeń do przechowywania zapasów, żywności.

Według wstępnego rozeznania specjalistów, mają one kilka stuleci, ale dla ich lepszego datowania niezbędne są sondażowe badania archeologiczne. W pobliżu znajdowały się do niedawna jeszcze kolejne piwnice, które mogły razem stanowić fragment większej budowli?

Czy może to być nieznany nam zamek? W Polsce znane są zarówno przypadki zamków, po których nie ma śladów poza wzmiankami historycznymi, jak i odkrycia reliktów zamków o których źródła pisane milczą.

O zamku wspominają legendy. W 1908 ukazały się drukiem „Legendy krynickie” Anny Wentworth, hr. Łubieńskiej. W legendzie Czarnego Potoku wspomniane są ruiny potężnego ongiś zamku. Nieco wcześniej Franciszek Kmietowicz w przewodniku po Krynicy powołując się na zapiski historyczne, bez podania ich źródeł, pisze o zachowanych piwnicach zamku myśliwskiego, którego częstym gościem miał być król Władysław Jagiełło. Według tego przekazu w piwnicach miano wędzić mięso na wyprawę grunwaldzką.

Wydawać by się mogło, że legendy to za mało. Pamiętajmy jednak o Heinrichu Schliemannie, który wierzył w historyczność „Iliady” Homera. Ta właśnie wiara doprowadziła do odkrycia przez niego Troi. Kto wie, może i tym razem w legendzie tkwi ziarno prawdy ?

Czy tajemnicze piwnice to jedyny zamek w Krynicy?

U stóp Góry Parkowej istniał do początku lat 30. zajazd, który nosił nazwę „Pod Zamkiem”. Nazwa mogłaby sugerować, że budynek powstał poniżej jakiegoś zamku. Niestety, nazwa jest myląca. Na Górze Parkowej nigdy zamku nie było.

Zamek możemy natomiast znaleźć przy ulicy Pięknej. Mimo położenia na wzniesieniu i posiadania wieżyczki jest to tylko pensjonat o nazwie „Zamek”, powstały w latach 30. Swego czasu posiadał on na zboczu windę bagażową, która pobudzała wyobraźnię okolicznej młodzieży.

Jeszcze jeden „zamek” można znaleźć niedaleko opisywanych piwnic, przy ulicy Reymonta. Jest to hotel „Zamek pod Brzozami”. Nie będziemy oceniać estetyki tej, powiedzmy to sobie, niezwykłej budowli, gdzie pomysłodawca próbował podążyć drogą Ludwika Szalonego i zamku Neuschwanstein.

Miejmy nadzieję, że badania tajemniczych piwnic potwierdzą odkrycie kolejnego nieznanego polskiego zamku.

O wiadukcie kolejowym na ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie

O wiadukcie kolejowym na ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie

Wiadukt grzegórzecki

Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini („Czego nie zrobili barbarzyńcy, zrobili Barberini”) – tak głosi XVII wieczne powiedzenie o dewastacji starożytnych, rzymskich zabytków przez członków rodziny Barberini.

Dziś chciałoby się powiedzieć – „Czego nie zrobił niemiecki okupant, dokonały współczesne pieniądze”.

Na naszych oczach zaczyna znikać najstarszy zachowany w Krakowie most i jeden z ostatnich, jaki powstał w Europie na wzorach opracowanych w starożytnym Rzymie. Kolejne mosty jakie powstawały, były żelazne i stalowe.Chodzi oczywiście o wiadukt kolejowy na ulicy Grzegórzeckiej, który powstał podczas budowy linii kolejowej łączącej Kraków ze Lwowem. Powstał on nad starym korytem Wisły w przeciągu 3 lat. Uroczyście oddano go do użytku 5 grudnia 1864 r. Inaugurujący ten most pociąg, został z tej okazji polany wodą.

Jak wyglądał wiadukt?

Posadowiony na 5 kamiennych przęsłach o wysokości 7 m, rozpiętości 11 m, z łukami wykonanymi z cegły o długości 98,6 m. Został wzniesiony wg systemu inż. Schiffkorna. Po jego wschodniej stronie (od strony Hali Targowej) była umieszczona data budowy, a po przeciwległej – od strony ul. Dietla do lat 50 XX wieku. znajdowały się cztery litery GKLB – Galizische Karl Ludwig Bahn (Galicyjskie Koleje Karola Ludwika).

Po zasypaniu koryta Wisły w latach 1878-1880 most stał się wiaduktem.

Znaczenie wiaduktu grzegórzeckiego

Most służył przez dziesięciolecia, przejechały przez niego miliony pasażerów i niepoliczalna ilość towarów ze wschodu na zachód i w przeciwnym kierunku.

Pod koniec II wojny światowej wiadukt Grzegórzecki miał być zniszczony przez wycofujących się Niemców, jak wszystkie inne mosty i wiadukty w Krakowie. Na jeszcze stojących przęsłach widać otwory wykonane przez żołnierzy niemieckich do podłożenia ładunków wybuchowych. Dzięki ofiarnej akcji okolicznych mieszkańców Grzegórzek udało się zapobiec jego wysadzeniu i wiadukt jako jedyny ocalał (wszystkie pozostałe mosty Krakowa uległy zniszczeniu).

Mniej znane wydarzenie z historii mostu miało miejsce podczas stanu wojennego, w maju 1982 r. Część walk między demonstrantami, a siłami ZOMO przeniosła się w okolice mostu, z którego atakowano milicyjne armatki wodne.

Czy wpis do rejestru zabytków jest coś wart?

Wydawało się, że o przyszłość mostu, od wpisania go na listę zabytków w 1989 r. oraz włączenia do Krakowskiego Szlaku Techniki w kwietniu 2006, można być spokojnym.Niestety, zaplanowana modernizacja szlaku kolejowego i jego poszerzenie z 2 do 4 torów doprowadziła do powstania równoległej kopii z wykorzystaniem części elementów wschodniej strony mostu, a następnie do powolnego przygotowania do jego rozbiórki. Wykreślenie z listy zabytków, rozpoczęcie rozbiórki bez czekania na decyzję sądu były kolejnymi etapami. Dzisiaj jesteśmy świadkami ostatniego rozdziału. Pomysły ratowania mostu przegrały z wolą jak najtańszej inwestycji.Piszemy o tym z żalem. Na naszych oczach zabytkowe obiekty i szacunek do przeszłości, do dziedzictwa po przodkach, ustępują miejsca pieniądzom czy argumentom o postępie.

Nasze wnioski

Idąc dalej tą drogą ryzykujemy, że za kilka dziesięcioleci odbudowana po zniszczeniach II wojny światowej warszawska Starówka, będzie starsza od centrum Krakowa, gdzie stare domy, mury, wyposażenia kamienic zastępowane są nowoczesnością i elementami „jak oryginał”.

Wizyta w Katedrze Wawelskiej powinna być dobrą lekcją.

W jej wnętrzu widzimy architekturę i dzieła sztuki z epoki romańskiej, gotyckiej, renesansowej, barokowej, historyzmu, secesji. Możemy je zobaczyć, dotknąć murów, które sięgają czasów Bolesława Krzywoustego, Kazimierza Wielkiego, Zygmunta Starego, bo nasi przodkowie z szacunku dla poprzedników zachowywali, co dawne, dodając coś od siebie.

Gdyby tak nie było, na Wzgórzu Wawelskim oglądalibyśmy może XIX lub XX wieczną katedrę, bez fizycznego kontaktu z historią tego miejsca.

Niestety w Polsce – w odróżnieniu od takich krajów jak Niemcy, Wielka Brytania, Szwecja czy Holandia, gdzie szanuje się zabytki techniki, takie jak mosty, obiekty przemysłowe, forty, stare samochody, statki i okręty – ulegają one często zniszczeniu, rozgrabieniu, zastąpieniu marnie wykonaną (za duże pieniądze) atrapą, udającą oryginał.

Bez uczenia się o historii, szacunku dla osiągnięć naszych przodków, ryzykujemy, że również nasze dziedzictwo kiedyś skończy na śmietniku – w ramach postępu i nowoczesności.

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji

Ołtarz Wita Stwosza przed i po konserwacji 2015-2021

W lutym 2021 roku dobiegły końca prace konserwacyjne przy arcydziele epoki średniowiecza, ołtarzu Wita Stwosza w krakowskiej Bazylice Mariackiej. Dla przypomnienia – jego budowa zajęła 12 lat (1477-1489). Zachwytom współczesnych artyście nie było końca, a rajcy miejscy nie żałowali ani grosza wydanego na wielkie dzieło. A groszy tych było sporo, gdyż łączna cena ołtarza odpowiadała rocznym wydatkom stołecznego miasta Krakowa.

Jego obecna konserwacja zajęła z kolei 5,5 roku – od 2015 roku do lutego 2021 roku.

Jak zabezpieczano ołtarz w przeszłości?

Prace prowadzone w latach 2015- 2021 nie były rzecz jasna pierwszymi w dziejach ołtarza pracami mającymi na celu jego konserwację i zabezpieczenie dla kolejnych pokoleń wiernych i odwiedzających.

Najstarsze informacje mówiące o opiece nad zachowaniem ołtarza w dobrym stanie pochodzą już z 1533 roku. Zmiana mody w sztuce w XVII wieku omal nie doprowadziła do sytuacji, że słynny ołtarz byłby znany jedynie historykom sztuki  z zapisków w dokumentach. Na szczęście brak pieniędzy uniemożliwił wymianę starego „niemodnego” ołtarza gotyckiego na nowy, „modny” barokowy ołtarz.

Z upływem lat stary ołtarz Wita Stwosza wymagał prac konserwatorskich. Jego wyjątkowa wartość została doceniona dopiero w XIX w.  W 1822 roku zachwycił się ołtarzem jeden z największych artystów epoki klasycyzmu, duński rzeźbiarz Bertel Thorvaldsen, który wykonał rzeźby do kaplicy Potockich w katedrze wawelskiej. Wraz z rosnącym zainteresowaniem ołtarzem sprawa jego konserwacji stawała się coraz pilniejszym zadaniem.

Do tzw. Wielkiej  Konserwacji doszło w latach 1866-1869 pod kierunkiem Władysława Łuszczkiewicza i Jana Matejki. Pomimo starań o zachowanie ołtarza w formie jak najbliższej oryginałowi, dokonano kilku zmian i przemalowań. 

Kolejne prace, przed II wojną światową miały na celu wykonanie korekty poprzednich prac i dalszego odtwarzania oryginalnej kolorystyki polichromii.

Trzecie z kolei prace, wykonane 1946-1950, były wynikiem dramatycznej historii ołtarza w czasie wojny, kiedy został wywieziony do Norymbergi i tam przechowywany w nienajlepszych warunkach.  Po powrocie z Norymbergi zaawansowane prace konserwatorskie były niezbędne dla przywrócenia blasku arcydziełu Wita Stwosza. 

Zanim doszło do obecnych, najdłuższych i najbardziej złożonych prac przy ołtarzu, dwukrotnie (lata 80-e i 90-e XX w.) wykonano szereg prac.

Najnowsze prace konserwacyjne

Przed przystąpieniem do najnowszych prac konserwacyjnych wykonano trójwymiarowy skan laserowy i na podstawie tak przygotowanej dokumentacji przystąpiono do prac. Prowadził je Międzyuczelniany Instytut Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki. Podczas wykonywania prac konserwacyjnych żadna z rzeźb i żaden z innych elementów nie opuściły Bazyliki Mariackiej. Ze względu ma mikroklimat ważny dla zachowania ponad 500 letniego dzieła sztuki, zdecydowano się stworzyć pracownię konserwatorską na tyłach ołtarza. 

Ze względu na wieloletnie prace, zdecydowano się o pracach prowadzonych etapami, tak by zwiedzający świątynię mieli możliwość zobaczenia przynajmniej części ołtarza, która jeszcze nie była przedmiotem prac, bądź też fragmenty ołtarza, które poddano już pracom konserwacyjnym.

O skali prac jakie wykonano, niech świadczą wymiary ołtarza – wysokość 13 m, szerokość 11 m, całkowita powierzchnia części dekoracyjnej 866,52 m kw, blisko 400 rzeźb i płaskorzeźb, całkowita powierzchnia odwrocia 107,45 m kw, powierzchnia zwieńczenia 67,37 m kw. 

Łączny koszt prac wyniósł ok. 14 mln złotych. A rezultat tych prac jest wprost olśniewający. 

To co jednak może wszystkich zaciekawić najbardziej, to odkrycia jakich dokonano podczas prac konserwacyjnych i jakie są różnice w wyglądzie ołtarza w stosunku do sytuacji sprzed prac.

Odkrycia

Dużym zaskoczeniem okazało się, wbrew dotychczasowym opiniom, że architektoniczne zwieńczenie ołtarza jest niemal w całości oryginalne, średniowieczne, a nie powstałe podczas prac konserwatorskich w XIX w. Jedynym elementem pochodzącym z XIX stulecia są kapitele na których stoją postacie św. Stanisława i św. Wojciecha. Wszystkie pozostałe elementy zwieńczenia są oryginalne, z czasów Wita Stwosza. Obejrzenie oryginalnych kapiteli jest jednak możliwe. Wystarczy odwiedzić Muzeum Jana Matejki, który był przecież jednym z dwóch kierujących pracami nad ołtarzem w tamtym czasie i tam, w muzeum poświęconym wybitnemu artyście, owe kapitele się dziś znajdują.

zwieńczenie ołtarza Wita Stwosza

Największą sensacją było jednak znalezienie daty 1486 na rękawie szaty apostoła św. Jakuba Starszego z głównej sceny Zaśnięcia NMP. Wszystkie rzeźby w tej scenie zostały tak ustawione względem siebie, że dzieli je czasem tylko odległość kilku milimetrów, a to z kolei oznacza, że musiały powstać w tym samym czasie co figura św. Jakuba, czyli na 3 lata przed poświęceniem ołtarza w 1489 roku. „Tam nie ma przypadków. Wszystkie figury zostały bardzo precyzyjnie wyrzeźbione”, jak stwierdził główny konserwator dr. hab. Jarosław Adamowicz, który kierował międzynarodowym zespołem specjalistów, podczas spotkania, w którym uczestniczyliśmy.

Odkrycie śladów malowania rzeźb predelli, czyli podstawy ołtarza zdaje się wskazywać, że była ona oryginalnie przeźroczysta, a ołtarz można było obejść dookoła.

O ile dębowa szafa ołtarza jest oryginalna, z wyjątkiem desek tła, to niestety skrzydła, ważące około pół tony każde, są z późniejszej epoki, choć wszystkie rzeźby są oryginalne. Natomiast ramy szafy są pierwotne.

Naukowcy i konserwatorzy nie mieli generalnie żadnych problemów z ustaleniem, jaki miała kolor oryginalna, gotycka polichromia. Jedynymi wyjątkami od tej reguły są figura św. Wojciecha (na zwieńczeniu po prawej stronie) oraz grupa 2 postaci i 2 aniołów w scenie Wniebowzięcia NPM. W obu przypadkach odkryto tam bardzo skromne zaledwie pozostałości polichromii gotyckiej.

Ciekawym wyzwaniem jest odkrywanie różnic między stanem przed i po pracach konserwacyjnych. Nie polegały one bowiem tylko na odkurzeniu i stwierdzeniu, że nie ma zagrożenia grzybami lub pleśnią. W trakcie prac starano się o przywrócenie wielu oryginalnych kolorów i detali zdobniczych.

Najważniejsze zmiany po najnowszej konserwacji

Jedną z pierwszych różnic, którą zauważamy wchodząc do Kościoła Mariackiego, jest inny kolor tła ołtarza. Kolor tła nie jest już jednolicie błękitny. Ten błękitny kolor został wprowadzony podczas konserwacji ołtarza w latach 1946-1950 przez prof. Słoneckiego i był to jednorodny błękit, którym pokryto wszystkie wcześniejsze nawarstwienia, bez względu na to, jaki to był element ołtarza.

To, co dzisiaj widzimy, to tzw. kompilacja. Kompilacja elementów, które są pierwotne i na których znajduje się pierwotny błękit azurytowy oraz azuryt, który został zrekonstruowany na potrzeby kolorystyki lokalnej. Dziś nie każda kwatera ma ten sam kolor, jak to miało miejsce przed 2015 rokiem. Na krańcowych deskach tła, które jako jedyne były oryginalne, odkryto pozostałości odcienia błękitu, zwanego właśnie azurytem i to ten odcień jest aktualnie dominującym, choć w różnym natężeniu.

Każdy, kto widział chociaż raz ołtarz Wita Stwosza, od razu zwraca uwagę na kolejną istotną różnicę. Jest nią zmiana koloru krawędzi szafy ołtarzowej, oraz kwater na skrzydłach na cynobrowy (odcień czerwieni). Kolor odtworzono na podstawie znalezionych fragmentów pigmentu tej barwy. Przywrócono tym samym dość typowy element zdobniczy dla średniowiecznych ołtarzy, zwłaszcza dla twórców szkoły krakowskiej.

Czasem tylko jeden detal zmienia kolor i nie każdy pamięta szczegóły, by to dostrzec. Przykładem są rękawiczki św. Wojciecha, które zmieniły kolor z białego na czerwony.

Chociaż oparto się pokusie odtwarzania brakujących palców u postaci, które odpadły przed wiekami, konserwatorzy zdecydowali się na kilka przesunięć będących wynikiem dokonanych odkryć. Niektóre zmiany są niewidoczne. Przy liczącej ponad dwa metry figurze apostoła trudno zaważyć przesunięcie o kilka centymetrów. Zmieniło się także ułożenie części z postaci drugoplanowych pośród apostołów w scenie Zaśnięcia, jest ono obniżone o kilkanaście centymetrów.

Sporo zmian doszło w predelli ołtarza, gdzie znajduje się przedstawienie Drzewa Jessego. Dokonano przestawienia figur na drzewie genealogicznym Maryi na podstawie ilustracji sprzed prac konserwatorskich Łuszczkiewicza i Matejki.

Z innych przesunięć warto wspomnieć o „przemieszczeniu się” charakterystycznej figury krakowskiego żaka.

Na zakończeniu warto wspomnieć o przemieszczeniu części promieni Glorii znad głowy Maryi w scenie Zwiastowania. Z lewa górnej kwatery otwartego ołtarza nad głową Maryi w scenie Pokłonu Trzech Króli do lewej dolnej kwatery otwartego ołtarza, gdzie ich dotychczas nie było.

Licznych, drobnych zmian jest jeszcze więcej. Bez względu na to, czy je dostrzeżemy, czy też nie, odbiór ołtarza po zakończeniu prac jest niesamowity i robi olbrzymie wrażenie.

Zwiedzanie Kościoła Mariackiego z przewodnikiem

Zapraszamy na spotkanie z ołtarzem. Chętnie go Państwu pokażemy i opowiemy wiele niezwykłych szczegółów z jego historii, jak też i całej Bazyliki Mariackiej. Wiadomo np. jaki jest ciężar figury przedstawiającej św. Jakuba podtrzymującego zasypiającą Marię (na zdjęciu poniżej) i że jest to nieco ponad 248 kg. Pozostałe wielkie figury ważą między 180 a 220 kg każda. Chętnie podzielimy się z Wami dodatkowymi ciekawostkami podczas zwiedzania 🙂 – np. odnośnie pozłoceń figur, wykorzystania srebra, wagi płaskorzeźb, ich liczby, ewentualnych problemów z drewnojadami i długo by tu wymieniać 😉

Kraków Zdrój – czy to możliwe?

Kraków Zdrój – czy to możliwe?

Kraków „Zdrój”

„Pojechać do wód” – to XIX wieczne powiedzenie o kuracji mineralnymi wodami leczniczymi kojarzy się z wyjazdami do Krynicy, Szczawnicy lub Iwonicza. W żadnym wypadku nie przyjdzie nikomu na myśl Kraków.

A tymczasem w 1910 roku wystarczyło się oddalić nieco ponad 3 kilometry od krakowskiego Rynku Głównego, by móc poddać się zabiegom leczenia wodami. Chodziło głównie o choroby układu pokarmowego, kobiece i inne.

Kraków uzdrowisko Mateczny

Uzdrowisko Kraków


Kraków przed I wojną światową został … uzdrowiskiem.

Gdy w dzisiejszych czasach dotrzemy w okolice Ronda Matecznego w godzinach szczytu, wdychając powietrze pełne spalin, nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że znajdujemy się tuż obok zakładu leczniczego.

Ale po kolei. Cofnijmy się w czasie do przełomu XIX i XX wieku.


W połowie lat 80-ych XIX wieku do położonego obok Krakowa miasta Podgórza przybył pochodzący ze Styrii inżynier Antoni Mateczny (1859 – 1934). Choć urodził się w Reifnigg (ob. Ribnica w Słowenii), to jego rodzina pochodziła z Moraw. Po przyjeździe do Galicji szybko nauczył się języka polskiego.
Podgórze przeżywało w tym czasie boom budowlany. W związku z tym młody inżynier szybko znalazł pracę przy budowach domów i kolei wiedeńskiej na odcinku Kraków-Żywiec. Pracowitość i umiejętność nawiązywania kontaktów pozwoliła Matecznemu szybko stworzyć dobrze prosperującą firmę budowlaną.

Antoni Mateczny

Po zdobyciu wystarczającego kapitału, pan Antoni zdecydował się osiąść na stałe w Podgórzu i zbudować dom dla siebie, żony i dwóch córek. Po nabyciu wybranej parceli stanął dom „Modrzewiówka” (obecnie na jego miejscu jest Rondo Matecznego), a następnie rozpoczęto kopanie studni w miejscu wskazanym przez różdżkarza.

Jak głosi legenda, po kilku godzinach kopania, szyb studni sięgnął głębokości ponad 30 metrów, ale wody nadal nie było. Kopacze zwątpili już niemalże w zdolności różdżkarza. Udało się ich namówić do dalszej pracy dopiero, gdy Mateczny obiecał robotnikom dodatkową zapłatę, jeśli do zachodu słońca dokopią się do wody. Faktycznie- kilka godzin później, z głębokości 36 metrów wytrysnęła woda o żółtawym kolorze i charakterystycznym zapachu. Tego rodzaju woda była znajoma Matecznemu, który co roku jeździł do Karlsbadu (ob. Karlove Vary), „do wód”.

O budowie Matecznego

Wpierw Antoni Mateczny musiał uzyskać koncesję w Wiedniu na wyłączność prac górniczych na terenie Podgórza. Następnie przedsiębiorczy inżynier na bazie odkrytego źródła otworzył w 1905 roku Zakład Przyrodoleczniczy Wody Siarczano- Solankowej Antoniego Matecznego. 10 lat później, po połączeniu Podgórza z Krakowem, zakład znalazł się w granicach Krakowa, a miasto stało się „uzdrowiskiem”.
Wśród pacjentów bywali znamienici goście, jak arcyksiążę Habsburg z Żywca, czy właściciel okocimskich browarów, baron Goetz.

Mateczny uzdrowisko

Jak funkcjonowało uzdrowisko Mateczny?

W czasach świetności, czyli od założenia w 1905 roku, aż do wybuchu II wojny światowej zakład był czynny od czerwca do września. Przyjmował rocznie około 400 osób. Tamtejsza woda lecznicza, „Krakowianka” przypominała słynną, gruzińską Borżomi. Wykorzystywano ją do leczenia chorób układu pokarmowego, nerwowego oraz chorób skórnych i kobiecych.
Wraz z okupacją Krakowa przez Niemców zakład, prowadzony po śmierci Antoniego Matecznego przez jego córkę Marię, został zajęty przez okupanta. Wyposażenie zdrojowe zostało zdewastowane, a w budynkach otwarto fabrykę gumy syntetycznej. Produkowano tam m. in. prezerwatywy dla żołnierzy Wehrmachtu.

Po zakończeniu wojny zakład upaństwowiono i ponownie podjęto działalność leczniczą.
Wrogiem uzdrowiska stał się rozwój motoryzacji. Jeszcze przed wojną, w 1936 roku, zburzono dom Matecznych „Modrzewiówkę”, aby zbudować nowy węzeł komunikacyjny z rondem. W latach 50-tych z terenu zakładu został wydzielono teren pod stację benzynową. Zdecydowano się na likwidację źródła, które jednak przez wiele lat spontanicznie „przebijało” się na powierzchnię.

Dla ponownego otwarcia uzdrowiska w 1956 roku, wykopano nowy zastępczy otwór. Zakład Matecznego został połączony i administracyjnie podporządkowany Uzdrowisku w Swoszowicach.
W 1969 roku na terenie zakładu otwarto rozlewnię wody „Krakowianka”, której spożywanie w codziennej diecie zalecał mieszkańcom grodu Kraka słynny lekarz, profesor Julian Aleksandrowicz.
Niestety w latach 90-tych „Krakowianka” przegrała konkurencję z tańszymi wodami pseudomineralnymi i jej produkcję zakończono.

uzdrowisko Mateczny

Uzdrowisko Mateczny w XXI wieku

Na początku XXI wieku teren zakładu został zwrócony spadkobiercom Antoniego Matecznego, którzy sprzedali go w 2003 roku spółce IPR.

W chwili obecnej trwają prace nad wykończeniem budynku pijalni. Woda nie będzie już wykorzystywana do kąpieli, a jedynie podawana w kubkach oraz sprzedawana w butelkach. Będzie też nosiła nową nazwę, „Anton”, gdyż tradycyjna nazwa „Krakowianka” została zastrzeżona przez innego producenta. Właśnie w formie pitnej ma największe wartości i warto tę wodę stosować m.in. w profilaktyce kamicy nerkowej, pomaga na zaparcia i podrażnienia jelita grubego. Zaleca się ją pić dla obniżenia poziomu cholesterolu. Dobra jest zarówno na otyłość, jak i na kaca.

O tym, czy woda nam zasmakuje, będziemy mogli się dowiedzieć prawdopodobnie jesienią tego roku.


Historia uzdrowiska na terenie Krakowa trwa nadal, ale chyba jednak nigdy do nazwy Kraków nie zostanie dodany tytuł „Zdrój” 😉

Podobóz KL Auschwitz – Arbeitslager Golleschau w Goleszowie

Podobóz KL Auschwitz – Arbeitslager Golleschau w Goleszowie

Historia podobozu KL Auschwitz w Goleszowie

W bardzo mroźny dzień, 21 stycznia 1945 roku, ze stacji Goleszów, wyruszył dwuczęściowy wagon towarowy. W jego wnętrzu znajdowało się blisko stu wychudzonych, przemarzniętych więźniów. Byli ubrani jedynie w obozowe pasiaki i okryci kocami, które do tej pory służyły im jako okrycie na drewnianych pryczach, na których sypiali. Historia podobozu KL Auschwitz – Arbeitslager Golleschau dobiegła końca.

Podobóz Goleschau

Czym był podobóz w Goleszowie

O ile wiedza o głównych obozach kompleksu Auschwitz-Birkenau jest powszechna na całym świecie, to wiedza o 40 jego podobozach jest niewielka. Szczególnie tych położonych dalej od Oświęcimia.

Jednym z takich podobozów był obóz w Goleszowie (niem. Golleschau), miejscowości położonej 9 km na wschód od cieszyńskiego rynku.

Powstał on w lipcu 1942 roku na terenie cementowni założonej na przełomie XIX i XX wieku, wykorzystującej pobliskie złoża wapnia i margla. Do wybuchu wojny cementownia w Goleszowie zatrudniała ponad 1,5 tysiąca robotników, a jej produkcja wynosiła ok. 35 tys. ton cementu rocznie.

Armia niemiecka zajęła Goleszów 2 września 1939 roku. Cementownia początkowo pracowała normalnie. Polityka okupanta polegająca m.in. na przymusowym wcielaniu do Wehrmachtu sprawiła, że zakład tracił swoich pracowników i produkcja cementu była coraz mniejsza. Tymczasem cement miał znaczenie strategiczne, służył m.in. do budowy umocnień czy bunkrów np. na Wale Atlantyckim. 

Cementownia podobóz Auschwitz

Utworzenie KL Auschwitz – Arbeitslager Goleschau

Latem 1942 roku cementownię przejęło SS i zdecydowało się zastąpić brakujących robotników więźniami z obozu w Auschwitz. W lipcu 1942 przybyły kolejno dwa transporty, łącznie 21 polskich więźniów, którzy mieli dostosować część cementowni do roli obozu pracy podległego bezpośrednio komendantowi obozu w Auschwitz.

Na terenie cementowni specjalną taśmą wyodrębniono część, w której przebywali wyłącznie więźniowie, którzy za próbę przekroczenia jej byli karani śmiercią. Budynek dawnych pieców przekształcono na część mieszkalną, przy której utworzono plac apelowy. Po drugiej stronie placu zbudowano barak dla SS. Terenu pilnowali strażnicy na czterech wieżach.  Gdy prace przygotowawcze dobiegły końca, z  Auschwitz zaczęły przybywać kolejne transporty więźniów, w większości Żydów pochodzących z Czech, Francji czy Węgier. Pod koniec 1942 roku było ponad 400 więźniów, by dwa lata później osiągnąć maksymalną liczbę ponad 1100. 

Część wieźniów pracowała na terenie cementowni, wielu jednak codziennie wychodziło do pracy do kamieniołomu, który był podzielony na cztery sektory. Dodatkowe komando więźniów nieustanie budowało nowe trasy dla wagoników transportujących wapień i margiel z okolicznych kamieniołomów. Przystąpili również do budowy kolejki linowej do transportu kamienia, która jednak została uruchomiona dopiero po zakończeniu wojny.

Praca, z wyjątkiem okresu zimowego, odbywała się na dwie zmiany – pierwsza od 4 rano do godz 12 i druga od godz. 12 do godz. 20. Więźniowie byli skrajnie wyczerpani pracą, osłabieni marnym wyżywieniem, które wydawano według tych samych norm, jak w głównym obozie Auschwitz. Wielokrotnie dochodziło do bicia więźniów i egzekucji, szczególnie po nieudanych próbach ucieczek.  Najsłabszych więźniów początkowo wysyłano do uśmiercenia w Auschwitz, w  późniejszym okresie zabijano ich także na miejscu zastrzykami fenolu.

Podobóz Goleschau

Robotnicy pracujący w nieobozowej części cementowni i mieszkańcy Goleszowa wielokrotnie pomagali więźniom, szczególnie dostarczając żywności i lekarstw. Pod koniec 1944 roku okrucieństwo strażników osłabło, część strażników SS zastąpiono żołnierzami Wehrmachtu. 

Co miał wspólnego Oskar Schindler z likwidacją podobozu w Goleszowie?

Końcowy etap w historii Arbeitsager Golleschau zaczął się w dniach 18 i 19 stycznia 1945, kiedy to z obozu wymaszerowały kilkusetosobowe kolumny więźniów. Był to tragiczny, słynny „marsz śmierci”. Więźniowe obozu goleszowskiego mieli przejść pieszo ponad 60 kilometrów do Wodzisławia, gdzie czekały na nich otwarte wagony towarowe. Wielu z nich zmarło, zanim dotarło do pociągu, wielu zmarło już w trakcie przejazdu w głąb Niemiec otwartymi wagonami. 

Historia ostatniego transportu, który opuścił Goleszów 21 stycznia 1945 miała nieoczekiwanie zakończenie. Podwójny wagon z blisko setką więźniów nie miał w dokumentach wpisanej stacji końcowej. W rezultacie pociąg przez Cieszyn dotarł na Morawy, gdzie był kierowany od stacji do stacji, od obozu do obozu. Po 10 dniach bez zaopatrywania więźniów w żywność czy wodę, pociąg ostatecznie zatrzymał się na stacji Bresau.
W pobliskiej miejscowości zapytano właściciela zakładów zbrojeniowych, zatrudniającego żydowskich więźniów, czy nie jest to przypadkiem transport pracowników do jego fabryki. Ten, przytomnie odpowiedział, że tak, że szukał go od dawna i miał nawet w tej sprawie dzwonić do Berlina. Właścicielem tym był Oskar Schindler. Po rozkuciu zamarzniętych drzwi, wagony czym prędzej otwarto. Niestety dla 16 wieźniów było już za późno. Natomiast pozostali dołączyli do fabryki w Brunnlitz i znaleźli się na słynnej „Liście Schindlera”. Ich losy opisał Thomas Keneally.

Goleszów i tereny poobozowe dzisiaj

Od tamtych czasów minęło  ponad 75 lat. W Goleszowie nie ma już cementowni, ale pamięć o obozie nie uległa zatarciu. W Gminnym Ośrodku Kultury powstała izba pamięci przechowująca pamiątki i przedmioty związane z historią podobozu w Goleszowie, tzw. Izba Oświęcimska. Państwowe Muzeum w Oświęcimiu udostępniło oryginalny stół, taborety i ubrania więzienne. Pośród obiektów zgromadzonych na wystawie zwracają uwagę fotografie rysunków wykonanych na terenie cementowni przez więźnia- Jeana Barischana. Oryginalne rysunki, ukazujące pracę codziennną więźniów, z wielką starannością zdjęto ze ścian i przewieziono do Muzeum w Oświęcimiu. Do najciekawszych przedmiotów należy także portret jednego z pracowników cementowni wykonany przez więźnia. 

Pozostałości samego obozu są nieliczne, ale warte uwagi. Kominy cementowni wyburzono 25 lat temu w latach 1995-96. Pozostałe budynki również. Zachowano jednak tzw. budynek Starych Pieców, gdzie w czasie wojny zamieszkiwali więźniowie.

Pobliskie kamieniołomy na Jasieniowej, nieczynne od wielu lat, pozarastały przez bujną rośliność. Można jednak natrafić na ich ślady. Wyróżnia się pośród nich dawne wyrobisko margla, przekształcone w liczące prawie 2 hektary powierzchni jezioro Ton, jak również wąwóz Ejsznyt (od niemieckiego ein schnitt – wcięcie), pozostałość po jednym za kamieniołomów, widoczny z daleka.

Kamień do cementowni był pozyskiwany także z nadal czynnego kamieniołomu w Lesznej. Kamień stamtąd miał być transportowany kolejką linową, którą uruchomiono ostatecznie po wojnie. Nieczynna od lat 70-ych kolejka został zdemontowana. Pozostały jedynie betonowe fundamenty zbudowane przez więźniów i most kryjący drogę przebiegającą poniżej kolejki, jako osłona przed spadającymi kamieniami. 

Zwiedzając okolice Goleszowa, skąd z wielu miejsc rozpościerają się przepiękne widoki, z trudem przychodzi sobie wyobrazić dramat, jaki tu się rozgrywał w czasie II wojny światowej. Warto jednak pamiętać, że obóz w Auschwitz, poza miejscami najbardziej znanymi, z symbolami rozpoznawanymi na całym świecie, jak brama z napisem „Arbeit mach frei” czy Brama Śmierci w Birkenau,  to także miejsca niemniej tragiczne, choć mniejsze, mniej znane, trochę zapomniane, jak podobóz w Goleszowie.

autor tekstu: Tomasz Walczyk    zdjęcia: Małgorzata Zielina


 

Kiedy odbył się pierwszy rejs wycieczkowy w Krakowie?

Kiedy odbył się pierwszy rejs wycieczkowy w Krakowie?

Pierwszy rejs wycieczkowy parowca „Kraków”

Dokładnie dzisiaj, 5 października, mija 170 rocznica pierwszego w Krakowie rejsu wycieczkowego statkiem o napędzie mechanicznym.

W związku z okrągłą rocznicą przedstawiamy pierwszą rekonstrukcję wyglądu tego historycznego parowca i przedstawiamy przebieg tej wycieczki.

statek kraków

Znaczenie litografii Franciszka Sandmanna

Do rekonstrukcji wyglądu statku, którego plany nie zachowały się,  posłużył niewielki fragment widoku „Krakowa” na litografii Franciszka Sandmanna z roku 1850. Wizerunek statku, a właściwie tylko jego połowy znajduje się w prawym, dolnym narożniku powyższej ilustracji. Do pełnej rekonstrukcji, hipotetycznej, zostały wykorzystane podobizny i rysunki statków z epoki, zwłaszcza należących do właściciela „Krakowa”. A był nim Andrzej hrabia Zamoyski.

portret Andrzeja Zamoyskiego

Historia rejsu statku „Kraków”

Historia rejsu statku „Kraków” rozpoczęła się w Warszawie.  To tam w 1848 roku powstała spółka „Żeglugi Parowej na Rzekach Spławnych Andrzeja hrabiego Zamoyskiego et Compania”. Przesiębiorstwo rozwijało się prężnie i budowało statki na Solcu w Warszawie.  Jednym z nich był liczący sobie 38 metrów długości holownik „Kraków”.

17 września 1850 r „Kraków” wypłynął z Warszawy i udał się w górę rzeki holując dwie barki. 19 września po postoju w Holendrach Kozienickich, już bez barek, z hrabią Andrzejem Zamoyskim na pokładzie, statek wyruszył w drogę do Krakowa. Rejs trwał blisko 2 tygodnie. Jego przebieg opisywał regularnie krakowski „Czas”.

2 października „Kraków” dotarł do Krakowa. Po powitaniu gości przez władze i mieszkańców miasta, na statku podjęto przygotowania do pokazowego rejsu wycieczkowego, który miał dać początek nowej rozrywce Krakowian. Rozmawiano także o wykorzystaniu Wisły w transporcie i handlu.

5 października 1850 roku na statek przybyła gromada chętnych do odbycia rejsu.

O przebiegu tego rejsu niech najlepiej opowie ówczesny reporter „Czasu” …

„Kraków idzie do Bielan! Wszystko to tak bajecznie brzmi, że niejeden z czytelników posądziłby nas o mistyfikacyę , i to nie tylko czytelnik odleglejszy, ale nawet krakowski, bo mało kto wynurzył się z miasta, aby na swe żywe oczy się przekonać, że istotnie pod starym Krakowem, na starszej jeszcze Wiśle, kołysze się pierwszy statek parowy: „Kraków”.

A przecież tak jest; co przed kilka dni jeszcze było bajką, dziś już jest rzeczywistością! W niedzielę bowiem szanowny przedsiębiorca postanowił, w towarzystwie kilkunastu zaproszonych gości, puścić się swym statkiem do Bielan, w celu rozpoznania koryta Wisły w tej okolicy.

Jakoż w rzeczy samej  50 minut na 11tą godzinę, przeszedł statek po pod łuki nowego mostu, rozwarto stary [most – przyp. aut.] i wszyscy mimo udzielonej przez patrona wiadomości, że woda przez noc o jedną stopę spadła, ruszyli jak najweselej w drogę. Jedni chwalili spokojny, regularny, prawie niedający się czuć ruch statku, inni oglądali maszynę i podziwiali jej dokładność, inni znowu smakowali sobie w tej ruchomej przedziwnej panoramie, która jak wstęga im się przed oczyma roztaczała, natkana gęsto kościołami  tuż po sobie przesuwającymi się. Już mijaliśmy Skałkę, sędziwe zamczysko, już Zwierzyniec. Już się wynurzył zakłopotany kopiec Kościuszki – gdy nagle okrzyk patrona : Stop ! I pokłony mimowolne pasażerów dały uczuć, żeśmy nagle stanęli.

Po krótkiej eksploracyi, majtkowie swoim oświadczyli językiem, że woda jest zamkniętą; statek zazgrzytał  jeszcze nieco po żwirze, lecz w końcu patron oświadczywszy, że dalej nie pójdzie, trzeba było chcąc-niechcąc wrócić.  O kwadrans po 12ej wysiedliśmy na ląd, pożegnawszy uprzejmego przedsiębiorcę z szczerym życzeniem dla niego i dla nas, aby to jego przedsięwzięcie tak płodne w skutki, również nieosiadło na rafach i mieliznach, którym nazwisko: obojętność, niedbalstwo i próżniactwo!

 

 

 

Rekonstrukcja wyglądu statku „Kraków”, autor: Tomasz Walczyk

Pierwszy rejs wycieczkowy pod Wawelem trwał niecałe 1,5 godziny. Parowiec „Kraków” wyruszył w drogę powrotną do Warszawy wpływając po drodze na wody Dunajca i Sanu. „Kraków” dotarł do Warszawy na początku listopada. 

Niestety, Krakowianie musieli czekać kolejne 40 lat na następną próbę zorganizowania rejsów wycieczkowych na Wiśle.  Warto pamiętać o tej pierwszej próbie. 

parowiec Włocławek

 

 

 

Parowiec Włocławek, należący do spółki Zamoyskiego, który posłużył do rekonstrukcji wyglądu statku „Kraków”.