508 051 555, 604 534 354 info@slowtravel.pl

O początku wojennej odysei arrasów wawelskich

Tematem naszego dzisiejszego wpisu jest:

I etap ewakuacji arrasów wawelskich z Krakowa tuż po wybuchu II wojny światowej

Jesteśmy przekonani, że nie musisz być wielkim miłośnikiem historii, żeby dać się wciągnąć w opowieść o losach tych dzieł sztuki.

To tu dotarł galar – Mięćmierz

Co to są arrasy wawelskie?

Arrasy królewskie to dzieła niezwykłe. Zdecydowana większość z nich została zamówiona przez króla Zygmunta Augusta i wykonana w brukselskich warsztatach Willema i Jana Kempeneerów czy Jana van Tieghena, głównie wg projektów artysty o nazwisku Michiel Coxcie, zwanego „Rafaelem Północy”. Powstały one w połowie XVI w.

Zyskały status „skarbu narodowego”. Są nie tylko jednym z symboli tzw. Złotego Wieku Jagiellonów i stanowią dowód dawnej świetności Rzeczpospolitej. Jest to również najcenniejszy zbiór tapiserii. Arrasy te cechują się wielką precyzją wykonania, jak i użyciem drogocennych materiałów, takich jak złota i srebrna nić. Były również dostosowane do rozmiarów wielkości ścian komnat zamku na Wawelu– największe arrasy osiągają wymiary 8,5 m x 4,8 m.

Zatem już wiemy, że były to niezwykłe dzieła sztuki, wprost bezcenne. Dziś stanowią jeden z głównych powodów odwiedzin w Reprezentacyjnych Komnatach Królewskich w zamku na Wawelu.

Ale czy wiecie, jaka była ich historia? Długo by pisać…..

Dziś w rocznicę wybuchu II wojny światowej skupimy się na historii ewakuacji arrasów z Krakowa do Sandomierza… A przynajmniej takie były plany…

Gotowi? ….  No to zaczynamy?

W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku wiadomo już było, że wybuchnie wojna. Publikowano na ten temat artykuły w lokalnej prasie z jednym podstawowym pytaniem w nagłówkach: „Kiedy wybuchnie wojna?”.

31 sierpnia miała miejsce powszechna mobilizacja. Na zamku królewskim w Krakowie w tym czasie prowadzono gorączkowe dyskusje na temat tego, co należy zrobić z dziełami sztuki. Adolf Szyszko – Bohusz- architekt, konserwator dzieł sztuki, a zarazem dyrektor muzeum wawelskiego początkowo planował ukryć arrasy i inne cenne obiekty w schronie przeciwgazowym. Lecz już w drugim dniu wojny stało się jasne, że sytuacja na froncie jest bardzo niepewna i trzeba szukać innego rozwiązania.

Kustosz muzeum Stanisław Świerz- Zalewski oraz asystent Szyszko – Bohusza Józef Krzywda – Polkowski mieli przeprowadzić operację zabezpieczenia arrasów. 3 września 1939 r obaj panowie czynili gorączkowe poszukiwania możliwego środka ewakuacji, najlepiej na wschód, do Lwowa. Władze wojskowe odmówiły pomocy mówiąc, że wszystkie ciężarówki już są zajęte. Kolejny apel skierowano więc do władz kolejowych. Niestety Niemcy już zbombardowali linie kolejowe w Krakowie. Trzeba zatem by było zorganizować transport i wywieźć arrasy 15 km poza miasto. Bez ciężarówek nie było na to szans.

Pozostała zatem droga wodna. Ale i tu kontakt z inż. Bielańskim, dyrektorem zarządu dróg wodnych nie przyniósł rozwiązania. Wszystkie jednostki służyły już innym celom.

Tymczasem w godzinach popołudniowych 3 września przyszła wiadomość, że na Podgórzu (dzielnica Krakowa) znajduje się galar o długości 18 m. Galar ten właśnie wyładował węgiel i ewentualnie istnieje możliwość wywiezienia skarbów wawelskich tymże galarem w dół Wisły.

Jakimś wprost cudem udało się zorganizować na Wawelu ciągnik do wywożenia nawozu. Na ten ciągnik załadowano 25 cynowych skrzyń oraz 8 rulonów z arrasami. Całość przewieziono w kilku etapach na galar. Arrasy ułożono wzdłuż dłuższych boków galaru, między nimi poukładano skrzynie. Ponieważ skrzynie błyszczały w świetle słonecznym, zostały na wszelki wypadek przysłonięte dywanami

3 września ok. godz. 21:00 rozpoczęła się wielka odyseja zbiorów wawelskich.

Z krakowskiego Podgórza galar węglowy wyruszył w podróż do Sandomierza z bezcennym skarbem – arrasami wawelskimi a także z mieczem koronacyjnym – Szczerbcem. Cztery dni później armia niemiecka wkroczyła do Krakowa.

Galar płynął początkowo z max prędkością 3 km/ godz. Może Was zdziwić tak wolne tempo.  Galar to płaskodenny statek wiosłowy, który w dodatku wielokrotnie w ciągu dnia chowano w szuwarach.

W pierwszych dniach żeglugi niemieckie samoloty dostrzegały tę jednostkę, lecz na szczęście ją ignorowały.  Potem podróż odbywała się głównie nocą.

Następnie na skutek pomyślnego zbiegu okoliczności statek “Paweł” wziął galar na hol i prędkość przemieszczania się wzrosła niemal dwukrotnie do „zawrotnych” 7 km/ godz.

Zgodnie z pierwotnym planem – galar miał dotrzeć tylko do Sandomierza. Skarby wawelskie miały zostać przetransportowane pociągiem przez Jarosław do Lwowa.

Holownik “Paweł” był podobny do tego ze zdjęcia

Niestety w tym okresie, a był to 7 września, rozpoczęły się w okolicy ciężkie bombardowania. Pasażerowie galara schronili się w przybrzeżnych szuwarach, bomby wybuchały bardzo blisko, kilka samolotów przeleciało nad galarem.
Okazało się, że węzeł kolejowy w Sandomierzu został już zniszczony i arrasy będą musiały kontynuować podróż Wisłą aż do węzła kolejowego w Dęblinie.

Następnego dnia w trakcie żeglugi kolejny niemiecki samolot obniżył lot nad galarem. Tym razem posłał serię z karabinu maszynowego – na szczęście kule nie dosięgły żadnego z pasażerów, rozprysły się wzdłuż burty statku. Pilot zrobił nawrót, ale chyba ocenił, że ta licha krypa nie  jest warta większej uwagi i w związku z tym odleciał. W międzyczasie dotarła informacja o zbombardowaniu Dęblina. W związku z tym kontynuowanie wyprawy aż do Dęblina nie miało już sensu.  

Po raz kolejny załoga galara musiała zmienić plany i finalnie galar holowany przez „Pawła” dotarł do miejsca ze zdjęcia – do Mięćmierza (który obecnie stanowi część Kazimierza Dolnego). Tymczasem wojska niemieckie znajdowały się już tylko w odległości 50 km po drugiej stronie Wisły.

Galar pozostał w Mięćmierzu przez kolejne 2 dni. Dlaczego?

Otóż Krzywda – Polkowski udał się do centrum Kazimierza Dolnego, aby uzyskać pomoc od lokalnych władz, ponieważ trzeba było zorganizować wywóz arrasów drogą lądową. W centrum miasteczka niestety nikogo nie zastał – z uwagi na to, że zarządzono już ewakuację.

Na szczęście (nie po raz pierwszy ani ostatni w tej historii) natknął się na pewnego człowieka, jak się potem okazało, bardzo ważnego dla naszej opowieści. Był nim naczelnik lokalnego urzędu pocztowo- telegraficznego, Leopold Pisz. Pan Pisz poproszony przez Polkowskiego o wsparcie był początkowo niezbyt skory do udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Kiedy jednak dowiedział się, że w Mięćmierzu przycumowany jest galar z dziełami sztuki, zmienił zdanie. Tak się akurat złożyło, że sam kilka tygodni wcześniej był na wycieczce w Krakowie i podziwiał arrasy. Być może to go bardziej zmotywowało do zajęcia się tą sprawą. Skontaktował się z wojskiem, ale nie było szans na zorganizowanie transportu samochodowego z Kazimierza Dolnego.

Zatem dopiero po dwóch dniach, 10 września, arrasy zostały załadowane na furmanki i ruszyły w dalszą drogę –  najpierw do Karmanowic.

W miejscowości tej pozostali dotychczasowi woźnice. Lokalni chłopi czuwali nad bezpieczeństwem ładunku przez całą noc.  Po kolejnych godzinach inne już furmanki zabrały skrzynie z bezcennymi dziełami sztuki do Tomaszowic, a dopiero stamtąd 13 września udało się zorganizować transport samochodowy, który finalnie miał przewieźć wawelskie skarby do Rumunii. I w tym dość nieoczekiwanym miejscu kończymy opis historii ewakuacji arrasów na blogu.

Obecnie w Mięćmierzu nad Wisłą, w miejscu, do którego przybył galar znajduje się tablica pamiątkowa, która upamiętnia to wydarzenie.

SlowTravel.pl dotyczy podróży po Polsce, stąd nie będziemy już w tym artykule rozwijać historii ewakuacji arrasów w bardziej szczegółowy sposób. Jednakże gdybyście chcieli poznać kolejne etapy fascynujących dziejów ewakuacji arrasów poza Polskę, mamy rozwiązanie.

W styczniu (termin podamy wkrótce) odbędzie się powtórka live’a, który przygotował i prowadził Tomek – czyli połowa naszego zespołu.

Dzięki niej poznasz w szczegółach odpowiedzi na pytania:

kto płynął galarem

jakie przygody mieli w drodze do Mięćmierza,

w jakich miejscach przechowywano arrasy,

co się wydarzyło po opuszczeniu Tomaszowic itd.

Słowem odbędziesz podróż z krakowskiego Podgórza przez Mięćmierz, Tomaszowice, Rumunię, Francję, Wielką Brytanię aż do Kanady i z USA na powrót do Polski w 1961 r. Opowieść okraszona została licznymi zdjęciami związanymi z tym wydarzeniem.

Nie ulega wątpliwości, że na podstawie peregrynacji wawelskich arrasów można by nakręcić fascynujący film oparty na faktach. Zapraszamy!

Historia, której nie opisaliśmy w tym wpisie zacznie się od ok. 18 minuty transmisji.

Cittaslow w Polsce

Czy słyszeliście o citttaslow w Polsce? Co to w ogóle jest?

Ruch Cittaslow (dosłownie: “Wolne Miasta”) powstał we Włoszech w 1999 r. Inspiracją dla Cittaslow była organizacja Slow Food (jako zaprzeczenie dla Fast Food’ów). Czym jest regionalna, jakościowa kuchnia, korzystająca z tradycyjnych przepisów i produktów, czyli Slow Food –  zapewne wszyscy wiemy. Ale co oznacza pojęcie: „cittaslow”?

Cittaslow – to miasta, w których ważna jest jakość życia. Ich mieszkańcy zwracają uwagę na ochronę środowiska, promocję tradycyjnych lokalnych produktów, by tę jakość życia jeszcze polepszyć.

Pełne członkostwo w Cittaslow dostępne jest tylko dla miast liczących mniej niż 50 tys. mieszkańców. Miasta te popierają i wdrażają cele Cittaslow.

A co z Polską?

W Polsce  jeszcze niedawno było tylko 6 miast przynależących do Cittaslow. 5 z nich znajduje się w województwie warmińsko- mazurskim:  Biskupiec, Bisztynek, Lidzbark Warmiński, Nowe Miasto Lubawskie, Olsztynek, Reszel  i Ryn i tylko jedno -Murowana Goślina w  Wielkopolsce.

Obecnie lista jest znacznie dłuższa. Szereg miast przystąpiło do Cittaslow w 2015 r, kiedy to też powołano Stowarzyszenie „Polskie Miasta Cittaslow”. Poza wyżej wspomnianymi miastami członkami polskiego Cittaslow są również:

–  z województwa warmińsko – mazurskiego: Lubawa, Barczewo, Dobre Miasto, Gołdap, Górowo Iławeckie, Nidzica, Bartoszyce, Pasym, Jeziorany, Braniewo, Wydminy, a także Orneta, Lidzbark, Działdowo i Sępopol.

–  2 miasta z opolskiego: Prudnik i Głubczyce, a z poniższych województw tylko po jednym:

– z województwa lubelskiego: Rejowiec Fabryczny

– ze śląskiego: Kalety

– pomorskie reprezentuje : Nowy Dwór Gdański

– z zachodniopomorskiego: Sianów

– reprezentantem łódzkiego jest: Rzgów

– a mazowieckiego: Sierpc.

W sumie 29 miast na chwilę obecną.

Cittaslow w Polsce

Ten wpis nie jest naukową rozprawą na temat „Wolnych miast”, zatem nie przytoczę tu oficjalnych wymogów, które dotyczą każdego z tych miejsc. W skrócie – żeby takim Cittaslow móc zostać, trzeba spełnić różne wymagania dotyczące ochrony środowiska czy alternatywnych źródeł energii. Mowa tu również o obszarach zielonych czy dostępności miejsc publicznych dla osób niepełnosprawnych. Mało tego -nawet o konieczności ograniczenia głośności alarmów np. samochodowych.

Czy ma to jakieś przełożenie na turystów?

Nas zdecydowanie bardziej zainteresuje, jak ta kwestia wygląda z punktu widzenia turysty. Nieprawdaż?

Zatem warto wiedzieć, że każde z tych miast musi zapewnić ogólnodostępne toalety publiczne, co jak wiemy nie wszędzie jeszcze jest standardem.  Ponadto w każdej z tych miejscowości powinny istnieć listy typowych produktów lokalnych o określonej jakości. Powinien powstać przewodnik po mieście w ramach ruchu „slow”. Z kolei w lokalnych informacjach turystycznych odwiedzający ma mieć możliwość uzyskania wyczerpujących informacji na ten temat. Trasy turystyczne z założenia mają być dobrze oznaczone, a miasto po prostu przystosowane do obsługi turystów i gościnne.   

Najważniejszym elementem w całej tej układance są niewątpliwie mieszkańcy, których zachęca się, żeby „żyli powoli”, co ma poprawić jakość ich życia.  Żeby docenili miejsce, w którym żyją, trochę zwolnili, mniej nastawiali się na wydajność, a bardziej na solidarność z innymi mieszkańcami. Żeby szanowali to, co lokalne i przyrodę, która ich otacza. Docenili lokalny koloryt, korzystali z darów natury, bez produktów genetycznie modyfikowanych.

Turysta z kolei odwiedzając jedno z tych miast ma mieć pewność, że w tym małym mieście dobrze się żyje, choćby ze względu na bliskość natury, produkty dobrej jakości czy silne wspólnoty lokalne.

Jak możecie zauważyć, Cittaslow to niejako marka, którą wymienione wyżej miasteczka mogą przyciągnąć wycieczkowiczów zainteresowanych odpoczynkiem w niedużym mieście. W takim mieście z reguły życie płynie wolniej. Dodatkowo panuje tam przyjazna atmosfera, a oferowane usługi są na odpowiednim poziomie.

Może to mieć także przełożenie na turystykę, która zwłaszcza teraz – w COVID-owej rzeczywistości jest turystyką głównie krajową nastawioną na odkrywanie smaków regionalnych, lokalnych tradycji i kultury.

Teoria od praktyki często się różnią

No dobrze – to już poznaliśmy teoretyczne założenia. A jakie są realia? Tu już różnie bywa. Władze niektórych miasteczek po akcesji do Cittaslow traciły zainteresowanie zrównoważonym rozwojem swoich miejscowości. Z kolei inni inwestowali i nadal to robią w lokalność, dziedzictwo kulturowe, dbają o środowisko naturalne. Mieszkańcy też nie zawsze rozumieją, o co chodzi z tym ślimakiem w logo. Ślimak kojarzy im się często z lenistwem i brakiem rozwoju. Tymczasem oni sami bardziej cenią sobie możliwości, jakie stwarza świat konsumpcji i szybkiego życia. Zatem każdy przypadek jest nieco inny.

W tym roku – prawdopodobnie już w październiku – Olecko, Morąg i Szczytno  mają dołączyć do grona Cittaslow. Mielibyśmy wówczas łącznie 32 miasta Cittaslow w Polsce.

Obecnie na całym świecie do ruchu należy 266 miast z 30 krajów. Siedzibą biura Międzynarodowej Sieci Miast Cittaslow jest włoskie miasto Orvieto.

Wiecie już, że zdecydowana większość tych miast położona jest w województwie warmińsko- mazurskim, a poza tym regionem  – nie ma zbyt wielu reprezentantów polskich Cittaslow.


Miałam okazję kilka z tych miast odwiedzić jako turystka, czy nawet zawodowo z grupami turystów. Lubię małe miasta, lubię odkrywać miejsca mniej znane, gdzie czas jakby się zatrzymał.

Sama jednak jestem ciekawa, jak się w takim polskim Cittaslow żyje na co dzień i czy mieszkańcy utożsamiają się z tą ideą.

Reszel polskie cittaslow

Forty Twierdzy Kraków – ukryte atrakcje Krakowa

Forty Twierdzy Kraków

Wydawać by się mogło, że miasto takie jak Kraków, odwiedzane przez miliony turystów nie ma już nieznanych i ciekawych miejsc, do których docierają jedynie nieliczni.

Ale tak nie jest.

Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, ukryte dosłownie w zieleni, ale także w przenośni w internecie i niewidoczne w punktach informacji turystycznej ….

… czekają na swoich odkrywców forty dawnej austriackiej Festung Krakau – Twierdzy Kraków

Fort Tonie

Co ciekawego może być w opuszczonych, wtopionych w otoczenie konstrukcjach z cegły i betonu z potężnymi wałami i fosami?  Przez wiele dziesięcioleci uważano, że nic, że są to pozostałości po zaborcy, stare opuszczone, zawilgocone „bunkry”, które mogłyby nawet zniknąć.

Trochę historii..

            Trzeba było wielu lat, by dostrzeżono, że w Krakowie znajdują się unikalne na skalę europejską fortyfikacje z XIX wieku. Odegrały one kluczową rolę w bitwie o Kraków podczas I wojny światowej. Co ciekawe – w znacznym stopniu są bardzo… polskie.  Wiele umocnień zostało zaprojektowanych przez Polaków w służbie austriackiej. Materiały budowlane były lokalne, z kolei prace wykonawcze  to dzieła firm krakowskich, małopolskich oraz ze Śląska Cieszyńskiego. W załodze fortecznej było też wielu Polaków. Np. dowódcą sztabu w czasie obrony miasta w 1914 roku  był Stanisław Haller, kuzyn generała Józefa Hallera.

Warto też zauważyć, że w przeciwieństwie do warszawskiej cytadeli, która pilnowała, by mieszkańcy nie buntowali się przeciw władzy rosyjskiej, działa fortów twierdzy Kraków nigdy nie były skierowane w stronę miasta, lecz do jego obrony przed zewnętrznym wrogiem.

Początki Twierdzy Kraków sięgają połowy XIX wieku. Wtedy to dawna Rzeczpospolita Krakowska została bezpośrednio włączono do austriackiego imperium. Kraków był miastem z jedynymi mostami drogowymi i kolejowymi na Wiśle na długości ponad 200 kilometrów. Zatem stał się punktem strategicznym strzegącym drogi na południe w kierunku okręgu przemysłowego na Śląsku Cieszyńskim i dalej przez Bramę Morawską w kierunku Wiednia.

            Pierwsze prace ruszyły w roku 1849 i kontynuowano je do wybuchu I wojny światowej. Wraz z rozwojem artylerii i wzrostem zasięgu dział forty Twierdzy Kraków modernizowano. Pierścień najnowszych fortów, trzeci z kolei był już bardzo odsunięty od centrum miasta. Miał obwód 57 kilometrów, czyli więcej niż twierdza przemyska lub słynne francuskie Verdun.

            W  listopadzie i grudniu 1914 roku forty odegrały swoją rolę w powstrzymaniu ofensywy rosyjskiej armii. Nie tylko jako zaplecze dla wojsk walczących na froncie. Na długości 30 kilometrów stały się częścią linii frontowej, biorąc czynny udział w walkach grudniowych.

Elementy składowe Twierdzy Kraków

            Twierdza Kraków, to były nie tylko forty, ziemne szańce lecz także całe zaplecze. W tym liczne budynki koszarowe dla żołnierzy kierowanych do fortów tylko w czasie ćwiczeń lub wojny. Ponadto: arsenały, magazyny, szpitale, lotnisko, baza flotylli rzecznej i wiele innych obiektów. Wiele z nich istnieje po dziś dzień, liczne niestety zniknęły, zostały zburzone w ostatnich latach.

Wiele budowli fortecznych jest opuszczonych i zdewastowanych. Niektóre wręcz straszą swym wyglądem. Część trafiła w prywatne ręce i służą jako biura lub placówki naukowe i na ogół się niedostępne dla zwiedzających. Budynki zaplecza z kolei przekształcono na szpitale, budynki uniwersyteckie, Bibliotekę Miejską . Warto pamiętać, że Zamek Królewski na Wawelu również był częścią twierdzy jako cytadela, ale budzi zainteresowanie oczywiście z innych powodów.

Czy zatem można zwiedzić obiekty Twierdzy Kraków, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Można udać się na Wawel i tym razem skupić uwagę na zewnętrznych umocnieniach z bastionami od strony ulicy Kanoniczej. Następnie zobaczyć budynek dawnego szpitala. Z kolei na dziedzińcu arkadowym obejrzeć fotografie pokazujące rezydencję królów polskich przekształconą w budynek koszarowy.

            Można też wyruszyć na kopiec Kościuszki otoczony pozostałościami fortu niegdyś przeznaczonego do obrony okrężnej. Jest to jednak miejsce oblegane przez licznych turystów pragnących wspiąć się na Kopiec i podziwiać panoramę Krakowa.     

            Naszym zdaniem warto udać się poza centrum Krakowa i zwiedzić jeden z fortów zewnętrznego pierścienia. Są to forty związane z obroną miasta przed armią rosyjską w 1914 roku.

Zdecydowanie odradzamy zwiedzanie opuszczonych fortów. Osoba nieobeznana z obiektami może narazić się nawet na wypadek. Powodem jest brak zabezpieczeń wewnątrz zdewastowanych konstrukcji. Ponadto poruszanie się utrudniają zalegające śmieci i można nie zauważyć na czas przeróżnych otworów pod własnymi stopami.

            Godnym polecenia jest natomiast odwiedzenie fortów stanowiących prywatne Muzeum Twierdzy Kraków, które powstało w roku 2008. Jego założycielem jest Fundacja Aktywnej Ochrony Zabytków Techniki i Dziedzictwa Kultury “Janus“.

Do Muzeum Twierdzy Kraków należy 6 najciekawszych pod względem historii i architektury fortów zewnętrznego pierścienia obronnego.

Są to:

            Fort 44 „Tonie”

– mający swoje początki w 1874 roku. Przekształcony w fort pancerny, tj. wyposażony w unikalne 4 wieże pancerne, których wyprodukowano tylko 10 sztuk. Wspomniane wieże są unikalne na skalę europejską i by zobaczyć podobne należałoby udać się do wspomnianego wcześniej Verdun.

Niewątpliwą atrakcją poza dobrze zachowanymi pancernymi  wieżami wysuwanymi jest jeden z najdłuższych w Twierdzy podziemny korytarz. To tzw. poterna, licząca 127 m i prowadząca do czołowych stanowisk obronnych przy fosie.  Fort ten jest też jedynym fortem, który nie padł ofiarą powojennych działań złomiarzy. Dlatego zachował wiele bezcennych elementów pancerza, krat, okiennic. Jest też jedynym z zachowanym otoczeniem, które też stanowiło część fortyfikacji i pełni funkcję muzealną razem z opisanym dalej Fortem Barycz. Obecnie teren przekształcił się w piękny naturalny park, bogaty w różnorodną florę i faunę. Fort 44 „Tonie” jest jednym z dwóch najczęściej i regularnie udostępnianych. Drugim jest wspomniany Fort 50 1/2 „Barycz”.

            Fort 50 1/2 „Barycz”

– fort pancerny z lat 1897-1898 jest jednym z najlepiej zachowanych obiektów Twierdzy i wewnątrz znajduje się ekspozycja muzealna przedstawiająca historię Twierdzy Kraków, jej udziału w walkach 1914 roku. Są tutaj również wystawy czasowe poświęcone jednemu z największych moździerzy I wojny światowej, tzw. „Chudej Emmy” kalibru 30,5 cm oraz historia teatru polowego. Poterna tego fortu jest znacznie krótsza niż w Toniach, jest jednak bardzo atrakcyjna, jako jedna z najgłębiej położonych w krakowskiej Twierdzy. Jeszcze kilka lat temu niedostępna, zalana wodą, obecnie prowadzi do fosy, gdzie polscy naukowcy po II wojnie światowej przeprowadzali eksperymenty  z pierwszymi polskimi rakietami meteorologicznymi.

            Fort „Krępak”

– na krakowskich Bielanach, powstał jako jeden z ostatnich tuż przed I wojną światową. Był to fort nowego typu tzw. rozproszonego, czyli część bojową oddzielono od koszarowej. “Krępak” jest dobrym punktem wyjściowym do spaceru do Lasku Wolskiego, gdzie można zobaczyć inne struktury związane z Twierdzą jak dawne szańce ziemne i magazyny amunicji. Fort ten nie jest przekształcony w obiekt muzealny, dlatego też jest udostępniany znacznie rzadziej, w przypadku większej grupy osób można go zwiedzić po uprzednim kontakcie mailowym.

            Fort 49a „Dłubnia”

– obiekt pancerny powstały w latach 1892-96. Chociaż nie brał czynnego udziału w walkach związana z nim jest ciekawa historia z okresu międzywojennego. Najprawdopodobniej tutaj znajdowała się radiostacja nasłuchowa, która przechwytywała meldunki nadawane przez Niemców w słynnym kodzie Enigma. Przechwycone meldunki posłużyły polskiemu kontrwywiadowi do złamania Enigmy. W przeciwieństwie do Fortu „Tonie”, Fort „Dłubnia” padł ofiarą oficjalnych wojskowych złomiarzy po II wojnie światowej, którzy doprowadzili do poważnych pęknięć konstrukcji. Obiekt ten można zwiedzać okazjonalnie.

            Fort 51 „Rajsko”

– fort artyleryjski, wzniesiono w 1874 roku, reprezentuje typ wcześniejszych fortyfikacji. W grudniu 1914 roku brał aktywny udział w obronie miasta przed atakiem armii rosyjskiej od strony Wieliczki. Rosjanie go wtedy ostrzelali.  Zwiedzanie tego fortu odbywa się na podobnych zasadach jak Forty „Krępak” i  „Dłubnia”.

            Fort 53a „Winnica”

– szósty z fortów Muzeum Twierdzy Kraków, to fort pancerny obrony bliskiej powstały w latach 1898-1899.  Fort ten wyróżnia się od pozostałych tym, że jest jednym w Krakowie typu górskiego tj. fortem gdzie fosę i poternę musiano wykuć w skale, na której wznosi się fort. Położony na zachodnich obrzeżach miasta Fort 53 a „Winnica” nie wziął udziału w walkach o Kraków. W latach II wojny światowej Niemcy mieli tu przetrzymywać jeńców z Armii Czerwonej. Fort ten podobnie jak Forty „Krępak”, „Dłubnia” i „Rajsko” udostępnia się rzadziej, w przypadku większej grupy zwiedzanie można zorganizować po uprzednim kontakcie mailowym.

Aktualne wyzwania

            Obecnie przed Muzeum Twierdzy Kraków stoi szereg wyzwań. Miasto oczekuje wysokich czynszów jak za przestrzeń komercyjną. Tymczasem na codzień trwają niekończące się prace konserwatorskie i dbanie o zieleń, gdyż współcześnie forty ze swoim bezpośrednim otoczeniem stały się małymi parkami, gdzie niezbędne jest  usuwanie zwalonych drzew, przycinanie hektarów trawy i krzaków.       

      Zainteresowanie fortami Muzeum jest coraz większe i dla wielu podróżujących jest to ciekawa propozycja na spędzenie czasu w Krakowie, z dala od najbardziej „zadeptanych” miejsc.

Posiadamy uprawnienia do oprowadzania po fortach: “Tonie” i “Barycz”.

Autor tekstu i zdjęć: Tomasz Walczyk (przewodnik po Krakowie i po wspomnianych fortach).

Zapraszamy do kontaktu: info@slowtravel.pl

Muzeum Twierdzy Kraków
Fort Tonie

Historia pewnej fotografii – czyli opowieść o Krynicy sprzed lat

Wszystko zaczęło się od prezentu, który otrzymał mój teść – Leszek Walczyk od swojego kolegi.

Była to duża reprodukcja fotografii przedstawiająca najstarszy, znany widok Krynicy – z 1862 r.

Co w tym niezwykłego, możecie zapytać?

Otóż fotografia ta stała się zaczątkiem wielu pozytywnych zmian i z pewnością przyczyniła się do wzrostu zainteresowania swoim miastem przez lokalną społeczność.

W tym samym czasie Biblioteka Publiczna w Krynicy prowadziła spotkania miłośników tego miasta, tzw. „Pogaduchy o Krynicy”. W jednym z takich spotkań wziął udział Leszek Walczyk, który sam po szkole średniej wyjechał na stałe z Krynicy do Krakowa.

Powstał wówczas pomysł, żeby spróbować odtworzyć dom „Pod Barankiem”, który był najstarszym miejscem, w którym koncentrowało się życie kulturalne i towarzyskie Krynicy.

Teść posiada naturalny talent modelarski oraz uwielbia wyszukiwać ciekawostki na temat swojego miasta rodzinnego. Zatem podjął się tego zadania osobiście. Miał różne pomysły co do materiałów, które można by użyć przy budowie modelu wspomnianego domu. O użytych materiałach wspomnę za chwilę. Tymczasem trzeba było rozpocząć poszukiwania informacji pozwalających odtworzyć zabudowania uzdrowiskowej części starej Krynicy. Chodziło o to, żeby jak najwierniej oddać na makiecie budynki, które zniknęły z powierzchni ziemi i nawet najstarsi kryniczanie już o nich nie pamiętali.

Dom „Pod Barankiem” miał być jedynym przedstawionym w ten sposób obiektem. Nie istniał żaden plan czy nawet pomysł na zbudowanie całej makiety.

Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak samo było z powstawaniem makiety centrum uzdrowiska krynickiego z 1862 r.

„Dom pod Barankiem”, a potem odtworzony Pawilon dla Muzyki stały się zalążkiem kontynuacji budowy całej makiety przedstawiającej nieistniającą już Krynicę.

Leszek Walczyk pracował nad makietą od 25.03.2019 przez kolejne pół roku. Powstało w efekcie 13 modeli budynków a także zieleń otaczająca krynicki deptak. Była to bardzo żmudna i precyzyjna praca, przy użyciu szkła powiększającego, z uwagi na poważną wadę wzroku twórcy makiety.

makieta Krynicy-Zdroju z 1862 r.

Jakich materiałów użyto do zbudowania makiety Krynicy sprzed lat?

Pomysłodawca i twórca wykorzystał materiał z recyclingu – jak np. tekturę z opakowań, papier, cienkie listewki z drzewa balsa, śrubki, nakrętki, druciki, klej i farby. Ale też ziarna ryżu, które pokrył folią aluminiową i pomalował, dzięki czemu pięknie zaprezentował kamieniste nabrzeże potoku Kryniczanka. Z kolei drzewka, krzaki, trawa – to gotowe elementy ze sklepu modelarskiego, a w przypadku ławeczek – wykorzystano nawet drukarkę 3D.

Makieta ma 3 m długości, 84 cm szerokości, a wysokość budynków wynosi 30 cm.

Ostatnio wraz z mężem pracowaliśmy nad nagraniem audio w języku polskim i angielskim do krótkiej opowieści pokazującej historię Krynicy sprzed 160 lat przedstawianej właśnie na podstawie makiety stworzonej przez teścia. Dzięki temu odwiedzający Krynicę mogą porównać, jak wygląda współczesny deptak krynicki z tym sprzed lat, a także prześledzić zmiany, jakie dokonały się w centrum uzdrowiskowym Krynicy. Jest to w pewnym sensie podróż w czasie.

Informacje praktyczne:

Makieta jest eksponowana w tzw. Galerii nad Kryniczanką, niedaleko pomnika Józefa Dietla. Wstęp bezpłatny.

Możesz również wejść na stronę Biblioteki Publicznej w Krynicy- Zdroju, zeskanować kod QR i posłuchać opowieści o Krynicy sprzed lat. Kliknij tutaj

Jeżeli interesuje Cię temat makiety Krynicy-Zdroju sprzed lat i chcesz porozmawiać z jej pomysłodawcą i twórcą – skontaktuj się z nami.

Raduś – niespodziewany przerywnik w podróży

To już ostatni post wprowadzający do tematyki slow travel. Tym razem zahaczy on dość mocno o nasze osobiste doświadczenie z powolnym podróżowaniem.

Opowiemy Ci o tym, co może się zdarzyć, gdy podróżujesz do jakiegoś miejsca z przesiadkami, środkami transportu publicznego i nie masz żadnej presji czasowej.

Był piękny sierpniowy dzień. Udaliśmy się na krótki wyjazd, żeby naładować baterie i oderwać się od zatłoczonego Krakowa. Naszym celem był Kazimierz Dolny. Zresztą nie po po raz pierwszy.

Również nie po raz pierwszy wybraliśmy pociąg jako środek transportu. W podróży niekoniecznie wygody i szybkie przemieszczanie się samochodem są dla nas najważniejsze. Podróżując pociągiem możemy wreszcie czytać książki, przeglądać mapy itp, a nie skupiać się wyłącznie na bezpiecznej jeździe. Trwa to oczywiście odpowiednio dłużej, ale już sama podróż sprawia nam radość, nie tylko sam fakt dotarcia do celu.

Z uwagi na to, że pociąg nie docierał do Puław, skąd można dostać się busem do Kazimierza Dolnego, dojechaliśmy nim tylko do Radomia. W Radomiu musieliśmy odnaleźć właściwy przystanek autobusowy i złapać busa do Puław. Nic nie wskazywało na to, że za chwilę coś się zmieni w naszym życiu,

Niemal natychmiast nadjechał bus. “Wspaniale, mamy szczęście” – pomyśleliśmy. “Czy znajdą się dwa wolne miejsca?, zapytaliśmy – na co kierowca odpowiedział krótko “jedno siedzące, a pan musi stać”…. Tomasz liczy 1,87 m wzrostu i zwyczajnie się nie wyprostuje stojąc w busie, poza tym podróżujemy bezpiecznie. “To dziękujemy, zaczekamy na następną możliwość” odpowiedzieliśmy.

Podeszłam do wiaty przystankowej, by spojrzeć na rozkład jazdy i stawiając torbę na ławce zauważyłam, że coś się we mnie wgapia. Patrzył wprost w moje oczy wydając bezgłośne dźwięki. Stał za przeszkloną ścianą wiaty przystankowej położoną między dworcem autobusowym w Radomiu i ruchliwą dwupasmową ulicą Beliny-Prażmowskiego.

Zawołałam go. Podbiegł skacząc na trzech łapkach, położył się na boku, a kiedy go pogłaskałam wydał kojący dźwięk, jakie wydają zwierzaki z jego rodziny. Niestety nie można było tego samego powiedzieć o jego zapachu, zwyczajnie śmierdział….. Hm, co tu robić. On nie może tu zostać sam, pomyśleliśmy. Po pierwsze, jest tam ruchliwa ulica, po drugie wygląda jak siódme nieszczęście, jest chudy i zaniedbany i nie wiemy co się stało z jego łapką, używa tylko trzech pozostałych. Przecież nic nie upoluje w takim stanie, tam nawet nie ma żadnej kałuży…..

Nie było czasu na zastanawianie się. Szczęśliwie do następnego busa mieliśmy 35 minut, dużo i mało zarazem. Tomek podszedł do najbliższej budki z fast foodami zapytać, czy ktoś nie chce przygarnąć małego futrzaka. W schronisku dla zwierząt powiedzieli nam, że mogą po niego przyjechać za jakiś tam czas, ale taki mały, schorowany zwierzak ma małe szanse na przeżycie.

Decyzję podjęliśmy jednomyślnie. Tomek zorganizował kartonowe pudełko, zwierzaczek wylądował w środku, wcale się nie opierając. Sympatyczny kierowca busa stwierdził, że on też bardzo lubi koty i nie ma nic przeciwko takiemu pasażerowi, zatem ruszyliśmy w godzinną podróż do Puław. W czasie podróży sprawdziliśmy, jak dojść do kliniki weterynaryjnej.

Kotek chyba wyczuł, że jego los zaczyna się odmieniać, bo rozprostował się na całą szerokość pudełka i smacznie zasnął. Oczywistą rzeczą było dla nas to, że już go nie zostawimy. Martwiliśmy się tylko, czy kotek przeżyje, bo ta sytuacja to było typowe zabranie z ulicy kota w worku. Nie wiedzieliśmy, co mu się przydarzyło i jak poważne ma problemy.

Trzeba było mu wymyślić jakieś imię. Ponieważ kotek został znaleziony w Radomiu, był małym kotusiem, który przyniósł radość, zatem wybór był oczywisty, musiał nazywać się RADUŚ.

W Puławach zgłosiliśmy się do weterynarza. Młody pan weterynarz wykonał wszystkie potrzebne badania, zdiagnozował świerzb i pchły. Kotek miał również w dwóch miejscach złamaną tylną łapkę. Największym problemem była jednak koprostaza, ponieważ groziła rozerwaniem jelit – kotek nie jadł od jakiegoś czasu, ani nie pił i w efekcie nie wypróżniał się od dłuższego czasu.

Okazało się, że ratowanie kotka nie wpłynie na nasze zaplanowane miniwakacje. W klinice weterynaryjnej można było zostawić Radusia na dwie noce pod opieką lekarzy, a my tymczasem ruszyliśmy w ostatni etap naszej podróży.

Na drugi dzień otrzymaliśmy telefon z informacją, że kotek je, wypróżnia się i chce się bawić. Poczuliśmy ulgę.

Raduś w drodze do Krakowa

Po dwóch dniach wracając do Krakowa, zatrzymaliśmy się w Puławach, aby odebrać Radusia. Kupiliśmy transporter, kuwetę i objuczeni bardziej niż zwykle ruszyliśmy przez Radom do Krakowa.

Tydzień różnicy

Raduś odwdzięcza nam się każdego dnia za to, że nie zostawiliśmy go samego i głodnego na ulicy. Jest młodym, dużym i zdrowym kocurkiem. Krakowscy weterynarze poskładali mu łapkę w bardzo profesjonalny sposób i ślad nie pozostał z jego zagadkowej i trudnej młodości.

W taki oto sposób powolne podróżowanie bez stresu, konieczności dotarcia gdzieś o konkretnej godzinie przyczyniło się do powiększenia naszej ekipy 🙂 Była to z całą pewnością wyjątkowa podróż.

Już po operacji łapki
Raduś dzisiaj

O slow travel słów kilka

Slow Travel – czyli powolne podróżowanie, choć nie leniwe…

Czasami spotykam się z pytaniami typu: „Zajmujesz się slow travel?… czyli co – siedzicie w jednym miejscu i się nudzicie?, bo ja tam wolę aktywne podróżowanie”. Jedno drugiemu nie przeszkadza. Slow travel też może być bardzo aktywne, ale ta aktywność jest inna. Ale o tym za chwilę.

Najpierw trochę historii. Historia i kontekst w slow travel są bardzo istotne.

Nie muszę nikomu uzmysławiać, że fast food ma się dobrze. Od lat. Rośnie jednak liczba osób, którzy są świadomymi konsumentami i niczego co kwalifikuje się jako fast food nawet nie tkną. Nie jest to jednak trend ostatnich kilku lat.

Przeciwieństwem fast food jest slow food – jedzenie wysokiej jakości, od lokalnych rolników, z produkcji nieprzemysłowej, oparte na tradycyjnych recepturach i metodach wykonania wymagających odpowiedniego nakładu pracy i czasu. Slow food to organizacja i ruch społeczny zainicjowany w 1986 r we Włoszech przez Carla Petriniego. Dziś również i w Polsce można znaleźć restauracje oznaczone logo organizacji Slow Food, potrawy będą wysokiej jakości, przyrządzone z regionalnych produktów przy użyciu tradycyjnych metod. Cena, co logiczne, też będzie trochę wyższa.

Ale co ma wspólnego slow food ze slow travel?

Filozofia slow zaczęła zataczać coraz szersze kręgi tworząc także nowy sposób podróżowania. Jest to slow travel, przeciwieństwo „fast travel”, czyli podróży, wycieczek niemalże w biegu, „zaliczania” (trudno ten sposób nazwać zwiedzaniem) kolejnych miejsc, byle szybciej, byle więcej. Więcej miejsc w krótszym czasie, więcej wrażeń, więcej i więcej. Jak długo tak można? Czy pamiętacie film z 1969 r: „Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”? Film ten opowiada o grupie amerykańskich turystów, którzy udają się w szaloną podróż po Europie zgodną z programem wykupionej przez nich wycieczki zatytułowanym: „Europa w 18 dni”. Na samą myśl, że można się porwać na taką podróż zwolennicy slow travel łapią się za głowę.

Nie musimy jednak sięgać po film. Wystarczyło w szczycie sezonu udać się do jednego z popularnych ośrodków turystycznych – czy to będzie Paryż, czy Rzym, czy Kraków i zobaczyć biegnące grupy Azjatów, którzy tego samego dnia mają zaplanowaną kolację w innym kraju. Na pewno też bądź Wy sami, bądź Wasi znajomi uczestniczyli w wycieczkach biur podroży i….. tu nastąpiło spore rozczarowanie. I nie, nie uważam, że takie przeładowane programy są z zasady złe, wręcz nie mam nic przeciwko nim, ale to my sami musimy zrozumieć, w jaki sposób lubimy podróżować i co dla nas jest najważniejsze.

Czy pobieżne zaliczanie kolejnych miejsc ma sens? Wracamy do domu z tysiącem zdjęć, których nikt nigdy nie obejrzy z braku czasu, choć dobrze, że są, bo przynajmniej w teorii, dzięki nim możemy zdać sobie sprawę z tego, gdzie w ogóle byliśmy. Znacie to uczucie?

Pracuję w turystyce całe swoje życie. Pracowałam i w biurze podróży i przez wiele lat jako pilotka wycieczek zagranicznych, a potem przewodniczka po Krakowie. Już w 2007 roku zarejestrowałam domenę www.slowtravel.pl, już wtedy wiedziałam, że nastanie era takich podróży. A teraz, w tej nowej turystycznej rzeczywistości, takie wycieczki tym bardziej się sprawdzają.

Slow travel czyli co?

Podróż bez pośpiechu, nieśpieszna, ale nie leniwa. Nadal aktywna, nadal pełna wrażeń, choć inna. Na czym polega ta „inność”. Przede wszystkim na tym, że nie musimy nigdzie biec, nie musimy być wszędzie i wszystkiego zaliczyć. Wybieramy jakiś region np. Polski i tam spędzamy kilka dni, nocując nie w różnych miejscach za każdym razem, ale w np. maksymalnie dwóch. I te miejsca staną się naszą bazą wypadową w najbliższe okolice. To podróż, w której znajdziesz czas na refleksję, zatrzymanie się, rozmowy, po której poczujesz się lepiej, naładowana/y energią, wypoczęta/y, a twoja wiedza i zrozumienie danego regionu staną się swoistym kapitałem.

Slow travel to podróże kameralne i bezpieczne, w których nie tylko chodzi o samo zwiedzanie, lecz także o poznanie lokalnych kulinariów, ludzi.

A jak Ty lubisz podróżować? Slow travel to dla Ciebie obce pojęcie, czy też masz już doświadczenie w nieśpiesznym i uważnym podróżowaniu?