508 051 555, 604 534 354 info@slowtravel.pl
0 3 winnicach niedaleko Tarnowa

0 3 winnicach niedaleko Tarnowa

W roku 2021 śmiało możemy mówić o winiarstwie polskim. Nie było to takie oczywiste jeszcze 10 czy 15 lat temu, kiedy to przeciętnemu Kowalskiemu polskie wina kojarzyły się z winem porzeczkowym lub jabłkowym, czyli popularnym „jabolem”. Od tego czasu wszystko na szczęście się zmieniło.

Dziś w Polsce mamy ponad 330 winnic, zajmujących ok. 560 hektarów. Ale być może i drugie tyle jest w trakcie zakładania.  Jeszcze nie są one zarejestrowane, co wiąże się z koniecznością ponoszenia licznych opłat.  Warto pamiętać, że od posadzenia winorośli po pierwszy zbiór muszą minąć 3 sezony i w tym czasie winnica nie zarabia.

Trzy dni temu odwiedziłam 3 spośród 13 winnic wchodzących w skład regionu #ENOTarnowskie na zaproszenie Tarnowskiej Organizacji Turystycznej. Przecież slow travel, to nie tylko poznawanie zabytków w nieśpiesznym tempie, ale przede wszystkim miejsc poza utartymi szlakami, smaków, zapachów, a uczestniczenie w degustacjach wina oraz produktów regionalnych, w tym wyśmienitych serów i wędlin, wpisuje się w ten trend wprost doskonale.

Być może zainteresuje Was również, dlaczego tak duża koncentracja winnic znajduje się właśnie w okolicach Tarnowa? W wielkim skrócie… Tarnów uważany jest za polski biegun ciepła, okolica jest równie gorąca. Na północ od Tarnowa mamy płaskie tereny, na południu z kolei znajduje się Pogórze Karpackie i góry. Winnice położone są na wzgórzach o południowej lub południowo- zachodniej ekspozycji (zatem dobrze nasłonecznione), na wysokości od 250 do ponad 300 m n.p.m., na ciężkich glebach IV, V i VI klasy. Winorośl nie lubi bardzo żyznych gleb, te podtarnowskie są dla niej bardzo dobre. Dlaczego? Ponieważ winorośl, jak napisał kiedyś znawca win Jeffrey Archer „lubi cierpieć”.  Obecność Dunajca, który łagodzi klimat, również nie jest bez znaczenia.

 

Wieża widokowa w Dąbrówce Szczepanowskiej

Małgorzata Slowtravel.pl

Wycieczka po podtarnowskich winnicach odbyła się kultowym Sanem  H100 z 1968 roku, o mocy silnika 100 KM, dzięki czemu była to prawdziwa, nieśpieszna podróż 🙂

Sama wieża widokowa liczy 16 metrów wysokości, posiada 4 poziomy i znajduje się na szczycie wzgórza Golgota (395 m n.p.m.). Roztacza się z niej widok na  zakole Dunajca, Pogórze Rożnowskie i Wiśnickie, Wojnicz, Mościce, Tarnów i Górę św. Marcina, a przy nieco lepszej pogodzie również na panoramę Tatr. Koło wieży znajduje się parking dla samochodów osobowych.

W odległości 1 km od wieży znajduje się pierwsza z odwiedzonych przeze mnie winnic.

Winnica Dąbrówka

winnica Dąbrówka Enotarnowskie

Winnica Dąbrówka położona jest w odległości 15 km na południowy zachód od tarnowskiego dworca kolejowego w miejscowości Dąbrówka Szczepanowska, w gminie Pleśna. Stok, na którym położona jest winnica ma południową orientację i dzięki temu, przy dobrej pogodzie można stamtąd podziwiać Tatry. Widok na dolinę Dunajca jest za to niezależny od pogody.

widok na winnicę Dąbrówka

Jest to rodzinna winnica prowadzona przez Katarzynę i Roberta Beściaków wraz z ich dziećmi. Została założona w 2010 roku i liczy 3 hektary powierzchni. Produkowane są tam wina białe, różowe i czerwone. Dominującymi odmianami są: Solaris, Hibernal, Johanniter, Jutrzenka, Muscat Otonel, Muskaris, Pinot Blanc, Seyval Blanc, Rondo, Regent, Pinot Noir, Monarch, Cabernet Cantor, Alibernet i Dunaj.

To co może zaciekawić, to fakt, że zakupując wino białe, należy je umieścić w lodówce. Nie można butelki białego wina trzymać po prostu na półce (tak jak to ma miejsce w sklepach). Wina te są naturalne, łatwo mogą się popsuć, nie zawierają chemii i smakują doskonale. Zasmakowało mi wino białe „Katarzyna”, bardzo orzeźwiające, a w upalny, letni dzień – wprost doskonałe. 

wina z winnicy Dąbrówka

Do winnicy można udać się z rodziną, czy przyjaciółmi, cieszyć się smakiem wina, pięknymi widokami na dolinę Dunajca, nie martwiąc się o to, że trzeba będzie tego samego dnia wrócić do domu i ktoś będzie musiał prowadzić samochód.

Właściciele winnicy Dąbrówka pomyśleli o dobrym rozwiązaniu. Jest nim możliwość wynajmu drewnianego domku z w pełni wyposażonym aneksem kuchennym, łazienką i tarasem z leżakami dla 2-3 osób dorosłych.  W pobliżu znajduje się również duża altana grillowa i staw z możliwością łowienia ryb.  

staw w winnicy Dąbrówka

Na terenie winnicy Dąbrówka organizowane są także degustacje wina, wraz z omówieniem historii polskiego winiarstwa, uprawianych odmian,  oraz degustacją produktów regionalnych. Na powyższym zdjęciu widać również nieukończony jeszcze budynek, w którym będą przyjmowani Goście w pogodę i niepogodę z salą degustacyjną i dodatkowymi pokojami na wynajem.

Winnica Gierowa

winnica Gierowa Janowice

Winnica Gierowa oddalona jest o 8 km od winnicy Dąbrówka i o 20 km na południowy zachód od dworca kolejowego w Tarnowie. Jej nazwa pochodzi od przysiółka Janowic, w którym jest zlokalizowana. Nasadzenia częściowo znajdują się na tarasach powstałych na byłym osuwisku, z ekspozycją południowo-zachodnią. Otoczona jest przez sad czereśniowy, a w pobliżu znajduje się las chroniący winorośl przed wiatrem i chłodem. 

 

enotarnowskie gierowa

Winnica została założona w 2014 roku przez Grzegorza Gondka. Jest malutka. Liczy zaledwie 0,4 ha powierzchni. Uprawiane odmiany to: Pinot Noir Precooce, Pinot Noir, Monarch (wina czerwone i różowe) oraz  Saint Pepin, Bianka, Solaris, Seyval Blanc, Jutrzenka, Muscaris (wina białe). 

degustacja win w winnicy gierowa

Na terenie winnicy Gierowa nie można przenocować w jakimś domku, ale można na przykład postawić tam swój namiot :-).  Można oczywiście zwiedzić winnicę, poznać jej historię oraz uprawiane szczepy, skorzystać z komentowanej degustacji win połączonej z degustacją lokalnych serów i wędlin. Można również skorzystać z przestronnej altany z grillem i paleniskiem na ognisko. Lato to doskonały czas na zachwycanie się smakiem dojrzałych czereśni. Drzewa czereśniowe dosłownie otaczają tę winnicę. Po sezonie na czereśnie przychodzi sezon na winogrona deserowe, których kolekcjonersko uprawianych jest tu ponad 100 różnorodnych odmian. 

Pan Grzegorz, właściciel winnicy to młody człowiek, z wielką pasją do wina. Wspominał, że bywają u niego ludzie, chcący oderwać się od codzienności i pobyć w pięknym otoczeniu, bez obecności tłumów, w cichym i spokojnym miejscu.

Winnica Uroczysko

winnica uroczysko

Z Winnicy Gierowa do Winnicy Uroczysko w Janowicach jest zaledwie 950 m, czyli jakieś 12 minut pieszo. Aż wierzyć się nie chce, że położone są one tak blisko siebie, a jednocześnie warunki naturalne sprawiają, że w każdej z nich lepiej się „udają” inne szczepy. Odległość od tarnowskiego dworca kolejowego to ponownie 20 km, kierunek – bez zmian, czyli południowo-zachodni.

Widoki rozpościerające się z tej winnicy są obłędne. Winnica leży na stoku południowym na wysokości 285-308 m n.p.m., a stok ma lekko zachodnią ekspozycję.

wina z uroczyska

Winnica Uroczysko została założona przez Andrzeja Hausa w 2011 roku, a pierwsze wina w sprzedaży pojawiły się 3 lata później. Powierzchnia winnicy to 0,9 ha. Uprawiane szczepy to Rondo, Regent, Cabernet Cortis, Cabernet Cantor, Zweigelt, Pinot Noir ( w przypadku win czerwonych) oraz dominująca wsród win białych -Jutrzenka, Pinot Gris, Seyval Blanc, Gewurztraminer, Hibernal (jeśli chodzi o wina białe). Jak można zobaczyć na zamieszczonym powyżej zdjęciu, wina noszą nazwy bogów starosłowiańskich.

nocleg w winnicy uroczysko

A teraz wyobraźcie sobie, że chcecie się odciąć od całego świata, poszukujecie ciszy i spokoju, bajecznych widoków i wina i nie chcecie po degustacji wracać do domu. Marzenie? Może i owszem, za to zupełnie realne. W Winnicy Uroczysko można przenocować w pokoju z taaaakim widokiem, jak na zdjęciu powyżej. Jest tam tylko 1 pokój z takim widokiem. Drugi pokój posiada widok na wzgórze pokryte lasem, z ekspozycją wschodnią. Obydwa pokoje znajdują się na piętrze domu zbudowanego z drewnianych bali. Każdy z nich jest przestronny i posiada oddzielną łazienkę. 

Na parterze budynku znajduje się z kolei duży salon degustacyjny otwarty na w pełni wyposażoną kuchnię. Można z niego przejść na zadaszony taras z fantastycznym widokiem na dolinę Dunajca.

Winnica jest udostępniona zwiedzającym, którzy mogą wziąć udział w komentowanych degustacjach win oraz produktów regionalnych, zapoznać się z uprawianymi szczepami i historią winnicy.

Położenie tej winnicy robi wielkie wrażenie. Aż chce się tam wrócić jak najszybciej.

Czy warto wybrać się do winnic regionu tarnowskiego? 

Tu jest tylko jedna odpowiedź: TAK!

Widać pasję ich właścicieli, ogromny wkład pracy i życzliwość. Winnice te są przepięknie utrzymane, właściciele kontaktowi i gościnni, a miejsca urokliwe. Co do win…  musicie się tam wybrać na degustację i jestem przekonana, że z łatwością odnajdziecie swoich faworytów 🙂

 

A oto linki do wymienionych powyżej winnic na stronie portalu www.enotarnowskie.pl

Winnica Dąbrówka

Winnica Gierowa

Winnica Uroczysko

Można tam między innymi sprawdzić, jakie wydarzenia są planowane w najbliższym czasie w każdej z tych winnic 🙂

Które winnice odwiedziliście i które polecacie? Podzielcie się w komentarzu poniżej 🙂

Tajemnice tynieckich mnichów

Tajemnice tynieckich mnichów

Wizyta w opactwie benedyktyńskim w Tyńcu jest niezapomnianym doświadczeniem. Zwłaszcza, gdy łączymy ją z uczestnictwem w chorale gregoriańskim.

Oddalony o 12 km na zachód od krakowskiego Rynku Głównego, jest idealnym miejscem do poszukiwania ciszy. Miłośnicy nieśpiesznych podróży i ciszy muszą jednak wiedzieć, kiedy tam pojechać, a w jakie dni tygodnia lepiej zaplanować inne aktywności.

opactwo tynieckie

Klasztory benedyktyńskie w Polsce

Aktualnie mamy w Polsce cztery czynne klasztory benedyktyńskie. Są to:

  1. opactwo w Lubiniu w powiecie kościańskim (województwo wielkopolskie)
  2. klasztor św. Benedykta w Starym Krakowie (dom filialny opactwa tynieckiego), w powiecie sławieńskim (województwo zachodniopomorskie).
  3. klasztor pw. Zwiastowania NMP w Biskupowie w powiecie nyskim (województwo opolskie), nie ma statusu opactwa, a na jego czele stoi przeor.

i ośrodek pod każdym względem najważniejszy, czyli opactwo pw. śś. Apostołów Piotra i Pawła w Tyńcu.

Zasada jest taka, że każdy z klasztorów jest autonomiczny, co oznacza, że funkcjonuje on jako oddzielna i samodzielna wspólnota zakonna. Reguła ta nie dotyczy jednak klasztoru w Starym Krakowie, który funkcjonuje od kilku lat, jest całkowicie zależny od opactwa tynieckiego i w którym przebywa trzech mnichów tynieckich.

Opactwo benedyktynów w Tyńcu – trochę historii

Tyniec Benedyktyni

Największym męskim klasztorem benedyktyńskim w Polsce jest opactwo tynieckie. Jest to zarazem najstarszy klasztor w Polsce, ufundowany prawdopodobnie już za czasów panowania Kazimierza Odnowiciela w 1044 roku.  Nie oznacza to, że funkcjonował bez przeszkód przez cały swój czas istnienia.

W 1816 roku nastąpiła kasata klasztoru przez Austriaków, choć pięciu mnichów zostało tam przez kilka lat, aż do śmierci ostatniego z nich w 1833 roku. W międzyczasie doszło do kolejnego nieszczęścia. W 1831 roku w budynek dawnej biblioteki uderzył piorun i spowodował wielki pożar. Ocalały kościół przejęła parafia.

Od 1833 roku opactwo benedyktyńskie w Tyńcu pozostawało niezamieszkałe i opuszczone. Dopiero w lipcu 1939 roku z belgijskiego opactwa św. Andrzeja w Brugii, gdzie wśród mnichów benedyktyńskich było kilku Polaków, przybyła do Tyńca grupa mnichów, by odbudować zespół klasztorny. Wkrótce wybuchła II wojna światowa. Odbudowa zespołu klasztornego trwała od 1947 do 2008. W 2008 roku zakończył się remont Wielkiej Ruiny, budynku, który przed uderzeniem pioruna w 1831 roku pełnił funkcje biblioteki.  Dziś jest tam Dom Gości.

 

Opactwo benedyktynów w Tyńcu dzisiaj

W tynieckim opactwie mieszka aktualnie 33 zakonników.

Przełożonym krakowskiego opactwa od 2015 roku jest ojciec Szymon Hiżycki, urodzony w 1980 roku. Jest on najmłodszym opatem w historii powojennego Tyńca.

Najbardziej rozpoznawalnym z kolei zakonnikiem jest ojciec Leon Knabit, rocznik urodzenia: 1929. Znany ze swojej otwartości, dobrego kontaktu z młodzieżą i poczucia humoru oraz jako autor 35 książek, licznych publikacji oraz prowadzący programy telewizyjne i radiowe na temat wiary. Ojciec Leon nadal prowadzi rekolekcje z młodzieżą i dorosłymi.

Jak wygląda życie klasztorne?

O godz. 05:30 czas na pobudkę, w niedziele można pospać dłużej, bo do godz. 07:00. Po trzydziestu minutach –  czas na jutrznię – zazwyczaj w języku polskim, choć bywa, że po łacinie. W dalszej kolejności odbywa się msza konwentualna, czyli msza zgromadzenia benedyktynów.

O godz. 07:30 czas na śniadanie, spożywane indywidualnie w refektarzu, podczas którego obowiązuje milczenie.

Po śniadaniu jest czas na pracę – niektórzy z młodszych zakonników studiują, inni oddają się pracy różnej – w wydawnictwie, sprzątając, czy przy innych pracach klasztornych.

krużganki u benedyktynów w Tyńcu

Pamiętajcie o ważnej regule: „ORA ET LABORA”  – „módl się i pracuj”. W końcu „bezczynność jest wrogiem duszy”.

Ok. godz. 12:50 spotykają się na krótkiej modlitwie w kościele, potem mają wspólny obiad itd.

Pozwólcie, że nie będziemy wchodzić już dalej w szczegóły życia mnicha z tynieckiego opactwa, po to, by Was zachęcić do subskrypcji naszego kanału na YouTube (Slow Travel Polska), na którym pojawi się za kilka miesięcy film krótkometrażowy z Tyńca 🙂

Czym zajmują się mnisi z tynieckiego opactwa?

W 2020 zaangażowali się w prowadzenie Browaru Benedyktynów Tynieckich. Zanim napiszemy o szczegółach, słów kilka na temat historii.

Ślady istnienia dawnego browaru widoczne są w Tyńcu do dziś. Ulica, która przylega do klasztornego muru od południowej strony nazywa się dziś Browarnianą, a niewysoki budynek w dolnym ogrodzie wciąż zwany jest „browarkiem”. Inwentarze wspominają jeszcze o warzeniu piwa na terenie opactwa w XVII wieku. Trudno powiedzieć, kiedy zaprzestał swojej działalności: w 1816 r. klasztor został zlikwidowany przez Austriaków, ale budynki browarniane widnieją jeszcze na rycinie z 1888 r. Potem jednak i one popadły w ruinę.

piwo benedyktyńskie

Od ubiegłego roku benedyktyni z Tyńca zaangażowani są w produkcję piwa marki Tinecia (po łacinie słowo to oznacza – „Tyniec”).

Klasztor, choć przez stulecia posiadał browar folwarczny, dziś nie posiada aparatury koniecznej do produkcji piwa na większą skalę. Dlatego mnisi postanowiliśmy rozpocząć warzenie piwa w partnerskim Browarze Kazimierz w Zakrzowie (odległość to 25 minut jazdy samochodem z Tyńca). Piwo to rzeczywiście jest owocem pracy mnichów, zgodnie z zaleceniem św. Benedykta, który mówił, że benedyktyni „właśnie wówczas są prawdziwymi mnichami, jeśli żyją z pracy rąk swoich, jak Ojcowie nasi i Apostołowie”. Ich drugim celem jest budowa w przyszłości browaru rzemieślniczego na terenie klasztoru. Według św. Benedykta bowiem „klasztor (…) tak powinien być zorganizowany, żeby można było znaleźć w obrębie jego murów wszystko, co niezbędne”. Czy im się uda ten plan zrealizować, czas pokaże.

Benedyktyni prowadzą także Wydawnictwo Tyniec i media internetowe, a wśród nich kanał na YouTube, który ma ponad 40 tys. subskrybentów.

Opiekują się również lokalną parafią, prowadzą dom gości, w którym odbywają się warsztaty i rekolekcje, zajmują się pracą akademicką.

Jakie to warsztaty? Np. z kaligrafii, o tajemnicach ziół, ale także warsztaty prowadzone przez osoby świeckie, np. o tym, jak radzić sobie ze stresem.

Na terenie opactwa znajduje się także kawiarnia benedyktyńska i restauracja „Mnisze Co Nieco” oraz sklepik klasztorny z produktami benedyktyńskimi (dewocjonalia, ciastka, piwo benedyktyńskie, nalewki), a także z szeroką ofertą ziół, leków naturalnych, wyrobów bonifraterskich, św. Hildegardy, kosmetyków naturalnych, miodów etc.)

 

sklepik benedyktyński

Ciekawostka

Na koniec jeszcze mała ciekawostka. Na rewersie banknotu 10 zł umieszczony jest denar, a po jego obu stronach znajdują się stylizowane kolumny romańskie z opactwa benedyktynów w Tyńcu.

 

rewers - kolumny romańskie z Tyńca
kulumny romańskie tyniec

Nocowanie na terenie opactwa benedyktyńskiego:

Dom Gości (czyli nowe skrzydło opactwa, tzw. Wielka Ruina)– posiada windę, brak TV, w każdym pokoju jest łazienka z prysznicem.

Cena za nocleg ze śniadaniem: 170 zł/ dobę (pokój 1-osobowy), 250 zł/ dobę (pokój 2-osobowy), 330 zł/ dobę (pokój 3-osobowy),   350 zł/ dobę (pokój 4-osobowy).

Opatówka (stare skrzydło opactwa)– bez windy, brak TV, w pokoju znajduje się umywalka. Łazienka jest wspólna i znajduje się na korytarzu (wyjątkiem są pokoje standard plus, które posiadają łazienkę w pokoju).

Cena za nocleg ze śniadaniem za pokój standardowy: 80 zł/ dobę (pokój 1- osobowy), 140 zł / dobę (pokój 2- osobowy) i 180 zł/ dobę (pokój 3-osobowy).

Uczestnicy rekolekcji i warsztatów płacą trochę mniej od podanych wyżej cen.

Kiedy się wybrać?

Odpowiedź jest krótka – nie w weekend. I jeśli ma to być półdniowa czy jednodniowa wycieczka, to warto tak ją zaplanować, żeby o 17:00 być na miejscu po skończonym zwiedzaniu i móc uczestniczyć w chorale gregoriańskim. W Opactwie Tynieckim chorał rozbrzmiewa codziennie; mnisi każdego dnia śpiewają Nieszpory i Kompletę, a przy wielkich świętach także Jutrznię.

Podsumowanie

Jak mogliście Państwo zauważyć, w niniejszym artykule nie analizujemy szczegółów z tynieckich krużganków ani dzieł sztuki z tutejszego kościoła.  Nie wspominamy także o funkcjach poszczególnych budowli, czy tych istniejących po dziś dzień, czy tych, które zachowały się tylko w zarysach… Najlepiej wszystko poznać osobiście.

Zapraszamy na zwiedzanie Opactwa Benedyktynów w Tyńcu razem z nami 🙂

Zostaliśmy odpowiednio  przeszkoleni do oprowadzania po Opactwie (i otrzymaliśmy po zakończonym szkoleniu zaświadczenie wystawione przez Opactwo Benedyktynów w Tyńcu). To tyle, jeśli chodzi o kwestie formalne.

A tak po ludzku…. po prostu warto to miejsce odwiedzić! 1000 lat historii, wspaniałe widoki, wyjątkowa atmosfera – gwarantowane!

 

Aby zamówić zwiedzanie Opactwa Benedyktynów w Tyńcu –> skontaktuj się z nami:  info@slowtravel.pl

Płock wczoraj i dziś

Płock to miasto wznoszące się na niezwykle malowniczej, liczącej blisko 50 metrów wysokości nadwiślańskiej skarpie.

Artykuł ten jest uzupełnieniem filmu krótkometrażowego, który dostępny jest na naszym kanale na YouTube – Slow Travel Polska.

Dojazd

Samochodem najwygodniej. Ale jeśli ta opcja nie wchodzi w grę, to pozostaje nam komunikacja publiczna.

dojazd do Płocka

Odległość z Warszawy do Płocka to ok 120 km. Połączenia kolejowe są nader rzadkie, a czas przejazdu wynosi 3 godziny. W praktyce na pociąg nie ma co liczyć. Pozostaje nam zatem komunikacja autobusowa. I tu mamy do wyboru kilku przewoźników: Polonus, FlixBus oraz Tumbus. Czas przejazdu wynosi ok. 2 godzin, a cena za przejazd między 24 a 30 zł. 

A na miejscu? Jak funkcjonuje komunikacja miejska?

Biletomatów jest stosunkowo mało. W autobusach montowane są właśnie biletomaty, w których płacić można wyłącznie kartami płatniczymi. I tu ciekawostka i uwaga zarazem. Bilet 24- godzinny, który kosztuje 13,60 zł ważny jest od momentu jego zakupu w biletomacie. Zatem jeśli chcesz korzystać z biletu na drugi dzień i masz ochotę zaopatrzyć się w bilet z wyprzedzeniem… to w Płocku nie jest to najlepszy pomysł.

Bilet 1- przejazdowy przesiadkowy (60 minut) kosztuje: 3,60 zł. Nie ma biletów np. 20- minutowych.

Więcej informacji na temat połączeń komunikacji miejskiej: Komunikacja Miejska

Jeśli zatrzymujesz się w jednym z hoteli w historycznej części miasta, swobodnie wszędzie dojdziesz pieszo. My akurat zatrzymaliśmy się w hotelu Green Hotel stanowiącego część dworca PKP i PKS i stamtąd pieszo na rynek jest 2,5 km. 

Zwiedzanie Płocka

Muzeum Mazowieckie w Płocku

Posiada kilka oddziałów w różnych lokalizacjach.

Te najczęściej odwiedzane znajdują się przy ul. Tumskiej 8 i są to dwie ekspozycje stałe: „Kamienica Secesyjna” oraz „X wieków Płocka”.

ceny biletów wstępu: http://muzeumplock.eu/pl/cennik_

Ze względu na największą ekspozycję poświęconą sztuce secesji, zwane jest często „muzeum secesji”. Wystawa mieści się na 4 piętrach i zawiera aranżację wnętrz mieszczańskich, sale rzemiosła artystycznego – szkła, ceramiki, metalu, biżuterii – galerię malarstwa i rzeźby okresu Młodej Polski oraz medalierstwa z przełomu XIX i XX wieku.

Molo

Molo rzeczne o długości 348 m, położone niemal równolegle do brzegu Wisły, wstęp bezpłatny.

Małachowianka

Liceum Ogólnokształcące im. Marszałka Stanisława Małachowskiego w Płocku, tzw. Małachowianka (Stanisława Małachowskiego 1)  – wystawa historyczna (pokazująca pozostałości dawnej kolegiaty, znaleziska archeologiczne a także pamiątki po najsłynniejszych absolwentach) oraz aula z malowidłami Władysława Drapiewskiego. Wstęp bezpłatny, ale wizytę trzeba umówić telefonicznie– > Małachowianka

Wieża Ciśnień

Znajduje się w niej restauracja o tej samej nazwie, serwująca dania kuchni amerykańskiej. Można wejść na ostatnie piętro i spojrzeć przez szyby na miasto.

Miejsca, które nie pojawiają się w naszym filmie, a które można odwiedzić:

–> dla rodzin z dziećmi:  Ogród Zoologiczny: http://www.zoo.plock.pl/

–> dla pielgrzymów:  Sanktuarium Bożego Miłosierdzia (Stary Rynek 14/18): https://www.milosierdzieplock.pl/pl

–> dla miłośników poezji:  Dom Władysława Broniewskiego, położony jest przy ul.Tadeusza Kościuszki 24.

O początku wojennej odysei arrasów wawelskich

O początku wojennej odysei arrasów wawelskich

Tematem naszego dzisiejszego wpisu jest:

I etap ewakuacji arrasów wawelskich z Krakowa tuż po wybuchu II wojny światowej

Jesteśmy przekonani, że nie musisz być wielkim miłośnikiem historii, żeby dać się wciągnąć w opowieść o losach tych dzieł sztuki.

To tu dotarł galar – Mięćmierz

Co to są arrasy wawelskie?

Arrasy królewskie to dzieła niezwykłe. Zdecydowana większość z nich została zamówiona przez króla Zygmunta Augusta i wykonana w brukselskich warsztatach Willema i Jana Kempeneerów czy Jana van Tieghena, głównie wg projektów artysty o nazwisku Michiel Coxcie, zwanego „Rafaelem Północy”. Powstały one w połowie XVI w.

Zyskały status „skarbu narodowego”. Są nie tylko jednym z symboli tzw. Złotego Wieku Jagiellonów i stanowią dowód dawnej świetności Rzeczpospolitej. Jest to również najcenniejszy zbiór tapiserii. Arrasy te cechują się wielką precyzją wykonania, jak i użyciem drogocennych materiałów, takich jak złota i srebrna nić. Były również dostosowane do rozmiarów wielkości ścian komnat zamku na Wawelu– największe arrasy osiągają wymiary 8,5 m x 4,8 m.

Zatem już wiemy, że były to niezwykłe dzieła sztuki, wprost bezcenne. Dziś stanowią jeden z głównych powodów odwiedzin w Reprezentacyjnych Komnatach Królewskich w zamku na Wawelu.

Ale czy wiecie, jaka była ich historia? Długo by pisać…..

Dziś w rocznicę wybuchu II wojny światowej skupimy się na historii ewakuacji arrasów z Krakowa do Sandomierza… A przynajmniej takie były plany…

Gotowi? ….  No to zaczynamy?

W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku wiadomo już było, że wybuchnie wojna. Publikowano na ten temat artykuły w lokalnej prasie z jednym podstawowym pytaniem w nagłówkach: „Kiedy wybuchnie wojna?”.

31 sierpnia miała miejsce powszechna mobilizacja. Na zamku królewskim w Krakowie w tym czasie prowadzono gorączkowe dyskusje na temat tego, co należy zrobić z dziełami sztuki. Adolf Szyszko – Bohusz- architekt, konserwator dzieł sztuki, a zarazem dyrektor muzeum wawelskiego początkowo planował ukryć arrasy i inne cenne obiekty w schronie przeciwgazowym. Lecz już w drugim dniu wojny stało się jasne, że sytuacja na froncie jest bardzo niepewna i trzeba szukać innego rozwiązania.

Kustosz muzeum Stanisław Świerz- Zalewski oraz asystent Szyszko – Bohusza Józef Krzywda – Polkowski mieli przeprowadzić operację zabezpieczenia arrasów. 3 września 1939 r obaj panowie czynili gorączkowe poszukiwania możliwego środka ewakuacji, najlepiej na wschód, do Lwowa. Władze wojskowe odmówiły pomocy mówiąc, że wszystkie ciężarówki już są zajęte. Kolejny apel skierowano więc do władz kolejowych. Niestety Niemcy już zbombardowali linie kolejowe w Krakowie. Trzeba zatem by było zorganizować transport i wywieźć arrasy 15 km poza miasto. Bez ciężarówek nie było na to szans.

Pozostała zatem droga wodna. Ale i tu kontakt z inż. Bielańskim, dyrektorem zarządu dróg wodnych nie przyniósł rozwiązania. Wszystkie jednostki służyły już innym celom.

Tymczasem w godzinach popołudniowych 3 września przyszła wiadomość, że na Podgórzu (dzielnica Krakowa) znajduje się galar o długości 18 m. Galar ten właśnie wyładował węgiel i ewentualnie istnieje możliwość wywiezienia skarbów wawelskich tymże galarem w dół Wisły.

Jakimś wprost cudem udało się zorganizować na Wawelu ciągnik do wywożenia nawozu. Na ten ciągnik załadowano 25 cynowych skrzyń oraz 8 rulonów z arrasami. Całość przewieziono w kilku etapach na galar. Arrasy ułożono wzdłuż dłuższych boków galaru, między nimi poukładano skrzynie. Ponieważ skrzynie błyszczały w świetle słonecznym, zostały na wszelki wypadek przysłonięte dywanami

3 września ok. godz. 21:00 rozpoczęła się wielka odyseja zbiorów wawelskich.

Z krakowskiego Podgórza galar węglowy wyruszył w podróż do Sandomierza z bezcennym skarbem – arrasami wawelskimi a także z mieczem koronacyjnym – Szczerbcem. Cztery dni później armia niemiecka wkroczyła do Krakowa.

Galar płynął początkowo z max prędkością 3 km/ godz. Może Was zdziwić tak wolne tempo.  Galar to płaskodenny statek wiosłowy, który w dodatku wielokrotnie w ciągu dnia chowano w szuwarach.

W pierwszych dniach żeglugi niemieckie samoloty dostrzegały tę jednostkę, lecz na szczęście ją ignorowały.  Potem podróż odbywała się głównie nocą.

Następnie na skutek pomyślnego zbiegu okoliczności statek „Paweł” wziął galar na hol i prędkość przemieszczania się wzrosła niemal dwukrotnie do „zawrotnych” 7 km/ godz.

Zgodnie z pierwotnym planem – galar miał dotrzeć tylko do Sandomierza. Skarby wawelskie miały zostać przetransportowane pociągiem przez Jarosław do Lwowa.

Holownik „Paweł” był podobny do tego ze zdjęcia

Niestety w tym okresie, a był to 7 września, rozpoczęły się w okolicy ciężkie bombardowania. Pasażerowie galara schronili się w przybrzeżnych szuwarach, bomby wybuchały bardzo blisko, kilka samolotów przeleciało nad galarem.
Okazało się, że węzeł kolejowy w Sandomierzu został już zniszczony i arrasy będą musiały kontynuować podróż Wisłą aż do węzła kolejowego w Dęblinie.

Następnego dnia w trakcie żeglugi kolejny niemiecki samolot obniżył lot nad galarem. Tym razem posłał serię z karabinu maszynowego – na szczęście kule nie dosięgły żadnego z pasażerów, rozprysły się wzdłuż burty statku. Pilot zrobił nawrót, ale chyba ocenił, że ta licha krypa nie  jest warta większej uwagi i w związku z tym odleciał. W międzyczasie dotarła informacja o zbombardowaniu Dęblina. W związku z tym kontynuowanie wyprawy aż do Dęblina nie miało już sensu.  

Po raz kolejny załoga galara musiała zmienić plany i finalnie galar holowany przez „Pawła” dotarł do miejsca ze zdjęcia – do Mięćmierza (który obecnie stanowi część Kazimierza Dolnego). Tymczasem wojska niemieckie znajdowały się już tylko w odległości 50 km po drugiej stronie Wisły.

Galar pozostał w Mięćmierzu przez kolejne 2 dni. Dlaczego?

Otóż Krzywda – Polkowski udał się do centrum Kazimierza Dolnego, aby uzyskać pomoc od lokalnych władz, ponieważ trzeba było zorganizować wywóz arrasów drogą lądową. W centrum miasteczka niestety nikogo nie zastał – z uwagi na to, że zarządzono już ewakuację.

Na szczęście (nie po raz pierwszy ani ostatni w tej historii) natknął się na pewnego człowieka, jak się potem okazało, bardzo ważnego dla naszej opowieści. Był nim naczelnik lokalnego urzędu pocztowo- telegraficznego, Leopold Pisz. Pan Pisz poproszony przez Polkowskiego o wsparcie był początkowo niezbyt skory do udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Kiedy jednak dowiedział się, że w Mięćmierzu przycumowany jest galar z dziełami sztuki, zmienił zdanie. Tak się akurat złożyło, że sam kilka tygodni wcześniej był na wycieczce w Krakowie i podziwiał arrasy. Być może to go bardziej zmotywowało do zajęcia się tą sprawą. Skontaktował się z wojskiem, ale nie było szans na zorganizowanie transportu samochodowego z Kazimierza Dolnego.

Zatem dopiero po dwóch dniach, 10 września, arrasy zostały załadowane na furmanki i ruszyły w dalszą drogę –  najpierw do Karmanowic.

W miejscowości tej pozostali dotychczasowi woźnice. Lokalni chłopi czuwali nad bezpieczeństwem ładunku przez całą noc.  Po kolejnych godzinach inne już furmanki zabrały skrzynie z bezcennymi dziełami sztuki do Tomaszowic, a dopiero stamtąd 13 września udało się zorganizować transport samochodowy, który finalnie miał przewieźć wawelskie skarby do Rumunii. I w tym dość nieoczekiwanym miejscu kończymy opis historii ewakuacji arrasów na blogu.

Obecnie w Mięćmierzu nad Wisłą, w miejscu, do którego przybył galar znajduje się tablica pamiątkowa, która upamiętnia to wydarzenie.

SlowTravel.pl dotyczy podróży po Polsce, stąd nie będziemy już w tym artykule rozwijać historii ewakuacji arrasów w bardziej szczegółowy sposób. Jednakże gdybyście chcieli poznać kolejne etapy fascynujących dziejów ewakuacji arrasów poza Polskę, mamy rozwiązanie.

W styczniu (termin podamy wkrótce) odbędzie się powtórka live’a, który przygotował i prowadził Tomek – czyli połowa naszego zespołu.

Dzięki niej poznasz w szczegółach odpowiedzi na pytania:

kto płynął galarem

jakie przygody mieli w drodze do Mięćmierza,

w jakich miejscach przechowywano arrasy,

co się wydarzyło po opuszczeniu Tomaszowic itd.

Słowem odbędziesz podróż z krakowskiego Podgórza przez Mięćmierz, Tomaszowice, Rumunię, Francję, Wielką Brytanię aż do Kanady i z USA na powrót do Polski w 1961 r. Opowieść okraszona została licznymi zdjęciami związanymi z tym wydarzeniem.

Nie ulega wątpliwości, że na podstawie peregrynacji wawelskich arrasów można by nakręcić fascynujący film oparty na faktach. Zapraszamy!

Historia, której nie opisaliśmy w tym wpisie zacznie się od ok. 18 minuty transmisji.

Cittaslow w Polsce

Cittaslow w Polsce

Czy słyszeliście o citttaslow w Polsce? Co to w ogóle jest?

Ruch Cittaslow (dosłownie: „Wolne Miasta”) powstał we Włoszech w 1999 r. Inspiracją dla Cittaslow była organizacja Slow Food (jako zaprzeczenie dla Fast Food’ów). Czym jest regionalna, jakościowa kuchnia, korzystająca z tradycyjnych przepisów i produktów, czyli Slow Food –  zapewne wszyscy wiemy. Ale co oznacza pojęcie: „cittaslow”?

Cittaslow – to miasta, w których ważna jest jakość życia. Ich mieszkańcy zwracają uwagę na ochronę środowiska, promocję tradycyjnych lokalnych produktów, by tę jakość życia jeszcze polepszyć.

Pełne członkostwo w Cittaslow dostępne jest tylko dla miast liczących mniej niż 50 tys. mieszkańców. Miasta te popierają i wdrażają cele Cittaslow.

A co z Polską?

W Polsce  jeszcze niedawno było tylko 6 miast przynależących do Cittaslow. 5 z nich znajduje się w województwie warmińsko- mazurskim:  Biskupiec, Bisztynek, Lidzbark Warmiński, Nowe Miasto Lubawskie, Olsztynek, Reszel  i Ryn i tylko jedno -Murowana Goślina w  Wielkopolsce.

Obecnie lista jest znacznie dłuższa. Szereg miast przystąpiło do Cittaslow w 2015 r, kiedy to też powołano Stowarzyszenie „Polskie Miasta Cittaslow”. Poza wyżej wspomnianymi miastami członkami polskiego Cittaslow są również:

–  z województwa warmińsko – mazurskiego: Lubawa, Barczewo, Dobre Miasto, Gołdap, Górowo Iławeckie, Nidzica, Bartoszyce, Pasym, Jeziorany, Braniewo, Wydminy, a także Orneta, Lidzbark, Działdowo i Sępopol.

–  2 miasta z opolskiego: Prudnik i Głubczyce, a z poniższych województw tylko po jednym:

– z województwa lubelskiego: Rejowiec Fabryczny

– ze śląskiego: Kalety

– pomorskie reprezentuje : Nowy Dwór Gdański

– z zachodniopomorskiego: Sianów

– reprezentantem łódzkiego jest: Rzgów

– a mazowieckiego: Sierpc.

W sumie 29 miast na chwilę obecną.

Cittaslow w Polsce

Ten wpis nie jest naukową rozprawą na temat „Wolnych miast”, zatem nie przytoczę tu oficjalnych wymogów, które dotyczą każdego z tych miejsc. W skrócie – żeby takim Cittaslow móc zostać, trzeba spełnić różne wymagania dotyczące ochrony środowiska czy alternatywnych źródeł energii. Mowa tu również o obszarach zielonych czy dostępności miejsc publicznych dla osób niepełnosprawnych. Mało tego -nawet o konieczności ograniczenia głośności alarmów np. samochodowych.

Czy ma to jakieś przełożenie na turystów?

Nas zdecydowanie bardziej zainteresuje, jak ta kwestia wygląda z punktu widzenia turysty. Nieprawdaż?

Zatem warto wiedzieć, że każde z tych miast musi zapewnić ogólnodostępne toalety publiczne, co jak wiemy nie wszędzie jeszcze jest standardem.  Ponadto w każdej z tych miejscowości powinny istnieć listy typowych produktów lokalnych o określonej jakości. Powinien powstać przewodnik po mieście w ramach ruchu „slow”. Z kolei w lokalnych informacjach turystycznych odwiedzający ma mieć możliwość uzyskania wyczerpujących informacji na ten temat. Trasy turystyczne z założenia mają być dobrze oznaczone, a miasto po prostu przystosowane do obsługi turystów i gościnne.   

Najważniejszym elementem w całej tej układance są niewątpliwie mieszkańcy, których zachęca się, żeby „żyli powoli”, co ma poprawić jakość ich życia.  Żeby docenili miejsce, w którym żyją, trochę zwolnili, mniej nastawiali się na wydajność, a bardziej na solidarność z innymi mieszkańcami. Żeby szanowali to, co lokalne i przyrodę, która ich otacza. Docenili lokalny koloryt, korzystali z darów natury, bez produktów genetycznie modyfikowanych.

Turysta z kolei odwiedzając jedno z tych miast ma mieć pewność, że w tym małym mieście dobrze się żyje, choćby ze względu na bliskość natury, produkty dobrej jakości czy silne wspólnoty lokalne.

Jak możecie zauważyć, Cittaslow to niejako marka, którą wymienione wyżej miasteczka mogą przyciągnąć wycieczkowiczów zainteresowanych odpoczynkiem w niedużym mieście. W takim mieście z reguły życie płynie wolniej. Dodatkowo panuje tam przyjazna atmosfera, a oferowane usługi są na odpowiednim poziomie.

Może to mieć także przełożenie na turystykę, która zwłaszcza teraz – w COVID-owej rzeczywistości jest turystyką głównie krajową nastawioną na odkrywanie smaków regionalnych, lokalnych tradycji i kultury.

Teoria od praktyki często się różnią

No dobrze – to już poznaliśmy teoretyczne założenia. A jakie są realia? Tu już różnie bywa. Władze niektórych miasteczek po akcesji do Cittaslow traciły zainteresowanie zrównoważonym rozwojem swoich miejscowości. Z kolei inni inwestowali i nadal to robią w lokalność, dziedzictwo kulturowe, dbają o środowisko naturalne. Mieszkańcy też nie zawsze rozumieją, o co chodzi z tym ślimakiem w logo. Ślimak kojarzy im się często z lenistwem i brakiem rozwoju. Tymczasem oni sami bardziej cenią sobie możliwości, jakie stwarza świat konsumpcji i szybkiego życia. Zatem każdy przypadek jest nieco inny.

W tym roku – prawdopodobnie już w październiku – Olecko, Morąg i Szczytno  mają dołączyć do grona Cittaslow. Mielibyśmy wówczas łącznie 32 miasta Cittaslow w Polsce.

Obecnie na całym świecie do ruchu należy 266 miast z 30 krajów. Siedzibą biura Międzynarodowej Sieci Miast Cittaslow jest włoskie miasto Orvieto.

Wiecie już, że zdecydowana większość tych miast położona jest w województwie warmińsko- mazurskim, a poza tym regionem  – nie ma zbyt wielu reprezentantów polskich Cittaslow.


Miałam okazję kilka z tych miast odwiedzić jako turystka, czy nawet zawodowo z grupami turystów. Lubię małe miasta, lubię odkrywać miejsca mniej znane, gdzie czas jakby się zatrzymał.

Sama jednak jestem ciekawa, jak się w takim polskim Cittaslow żyje na co dzień i czy mieszkańcy utożsamiają się z tą ideą.

Reszel polskie cittaslow

 

Forty Twierdzy Kraków – ukryte atrakcje Krakowa

Forty Twierdzy Kraków – ukryte atrakcje Krakowa

Forty Twierdzy Kraków

Wydawać by się mogło, że miasto takie jak Kraków, odwiedzane przez miliony turystów nie ma już nieznanych i ciekawych miejsc, do których docierają jedynie nieliczni.

Ale tak nie jest.

Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, ukryte dosłownie w zieleni, ale także w przenośni w internecie i niewidoczne w punktach informacji turystycznej ….

… czekają na swoich odkrywców forty dawnej austriackiej Festung Krakau – Twierdzy Kraków

 

 

 

Fort Tonie

Co ciekawego może być w opuszczonych, wtopionych w otoczenie konstrukcjach z cegły i betonu z potężnymi wałami i fosami?  Przez wiele dziesięcioleci uważano, że nic, że są to pozostałości po zaborcy, stare opuszczone, zawilgocone „bunkry”, które mogłyby nawet zniknąć.

Trochę historii..

            Trzeba było wielu lat, by dostrzeżono, że w Krakowie znajdują się unikalne na skalę europejską fortyfikacje z XIX wieku. Odegrały one kluczową rolę w bitwie o Kraków podczas I wojny światowej. Co ciekawe – w znacznym stopniu są bardzo… polskie.  Wiele umocnień zostało zaprojektowanych przez Polaków w służbie austriackiej. Materiały budowlane były lokalne, z kolei prace wykonawcze  to dzieła firm krakowskich, małopolskich oraz ze Śląska Cieszyńskiego. W załodze fortecznej było też wielu Polaków. Np. dowódcą sztabu w czasie obrony miasta w 1914 roku  był Stanisław Haller, kuzyn generała Józefa Hallera.

Warto też zauważyć, że w przeciwieństwie do warszawskiej cytadeli, która pilnowała, by mieszkańcy nie buntowali się przeciw władzy rosyjskiej, działa fortów twierdzy Kraków nigdy nie były skierowane w stronę miasta, lecz do jego obrony przed zewnętrznym wrogiem.

Początki Twierdzy Kraków sięgają połowy XIX wieku. Wtedy to dawna Rzeczpospolita Krakowska została bezpośrednio włączono do austriackiego imperium. Kraków był miastem z jedynymi mostami drogowymi i kolejowymi na Wiśle na długości ponad 200 kilometrów. Zatem stał się punktem strategicznym strzegącym drogi na południe w kierunku okręgu przemysłowego na Śląsku Cieszyńskim i dalej przez Bramę Morawską w kierunku Wiednia.

            Pierwsze prace ruszyły w roku 1849 i kontynuowano je do wybuchu I wojny światowej. Wraz z rozwojem artylerii i wzrostem zasięgu dział forty Twierdzy Kraków modernizowano. Pierścień najnowszych fortów, trzeci z kolei był już bardzo odsunięty od centrum miasta. Miał obwód 57 kilometrów, czyli więcej niż twierdza przemyska lub słynne francuskie Verdun.

            W  listopadzie i grudniu 1914 roku forty odegrały swoją rolę w powstrzymaniu ofensywy rosyjskiej armii. Nie tylko jako zaplecze dla wojsk walczących na froncie. Na długości 30 kilometrów stały się częścią linii frontowej, biorąc czynny udział w walkach grudniowych.

Elementy składowe Twierdzy Kraków

            Twierdza Kraków, to były nie tylko forty, ziemne szańce lecz także całe zaplecze. W tym liczne budynki koszarowe dla żołnierzy kierowanych do fortów tylko w czasie ćwiczeń lub wojny. Ponadto: arsenały, magazyny, szpitale, lotnisko, baza flotylli rzecznej i wiele innych obiektów. Wiele z nich istnieje po dziś dzień, liczne niestety zniknęły, zostały zburzone w ostatnich latach.

Wiele budowli fortecznych jest opuszczonych i zdewastowanych. Niektóre wręcz straszą swym wyglądem. Część trafiła w prywatne ręce i służą jako biura lub placówki naukowe i na ogół się niedostępne dla zwiedzających. Budynki zaplecza z kolei przekształcono na szpitale, budynki uniwersyteckie, Bibliotekę Miejską . Warto pamiętać, że Zamek Królewski na Wawelu również był częścią twierdzy jako cytadela, ale budzi zainteresowanie oczywiście z innych powodów.

Czy zatem można zwiedzić obiekty Twierdzy Kraków, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Można udać się na Wawel i tym razem skupić uwagę na zewnętrznych umocnieniach z bastionami od strony ulicy Kanoniczej. Następnie zobaczyć budynek dawnego szpitala. Z kolei na dziedzińcu arkadowym obejrzeć fotografie pokazujące rezydencję królów polskich przekształconą w budynek koszarowy.

            Można też wyruszyć na kopiec Kościuszki otoczony pozostałościami fortu niegdyś przeznaczonego do obrony okrężnej. Jest to jednak miejsce oblegane przez licznych turystów pragnących wspiąć się na Kopiec i podziwiać panoramę Krakowa.     

            Naszym zdaniem warto udać się poza centrum Krakowa i zwiedzić jeden z fortów zewnętrznego pierścienia. Są to forty związane z obroną miasta przed armią rosyjską w 1914 roku.

Zdecydowanie odradzamy zwiedzanie opuszczonych fortów. Osoba nieobeznana z obiektami może narazić się nawet na wypadek. Powodem jest brak zabezpieczeń wewnątrz zdewastowanych konstrukcji. Ponadto poruszanie się utrudniają zalegające śmieci i można nie zauważyć na czas przeróżnych otworów pod własnymi stopami.

            Godnym polecenia jest natomiast odwiedzenie fortów stanowiących prywatne Muzeum Twierdzy Kraków, które powstało w roku 2008. Jego założycielem jest Fundacja Aktywnej Ochrony Zabytków Techniki i Dziedzictwa Kultury „Janus„.

Do Muzeum Twierdzy Kraków należy 6 najciekawszych pod względem historii i architektury fortów zewnętrznego pierścienia obronnego.

Są to:

            Fort 44 „Tonie”

– mający swoje początki w 1874 roku. Przekształcony w fort pancerny, tj. wyposażony w unikalne 4 wieże pancerne, których wyprodukowano tylko 10 sztuk. Wspomniane wieże są unikalne na skalę europejską i by zobaczyć podobne należałoby udać się do wspomnianego wcześniej Verdun.

Niewątpliwą atrakcją poza dobrze zachowanymi pancernymi  wieżami wysuwanymi jest jeden z najdłuższych w Twierdzy podziemny korytarz. To tzw. poterna, licząca 127 m i prowadząca do czołowych stanowisk obronnych przy fosie.  Fort ten jest też jedynym fortem, który nie padł ofiarą powojennych działań złomiarzy. Dlatego zachował wiele bezcennych elementów pancerza, krat, okiennic. Jest też jedynym z zachowanym otoczeniem, które też stanowiło część fortyfikacji i pełni funkcję muzealną razem z opisanym dalej Fortem Barycz. Obecnie teren przekształcił się w piękny naturalny park, bogaty w różnorodną florę i faunę. Fort 44 „Tonie” jest jednym z dwóch najczęściej i regularnie udostępnianych. Drugim jest wspomniany Fort 50 1/2 „Barycz”.

            Fort 50 1/2 „Barycz”

– fort pancerny z lat 1897-1898 jest jednym z najlepiej zachowanych obiektów Twierdzy i wewnątrz znajduje się ekspozycja muzealna przedstawiająca historię Twierdzy Kraków, jej udziału w walkach 1914 roku. Są tutaj również wystawy czasowe poświęcone jednemu z największych moździerzy I wojny światowej, tzw. „Chudej Emmy” kalibru 30,5 cm oraz historia teatru polowego. Poterna tego fortu jest znacznie krótsza niż w Toniach, jest jednak bardzo atrakcyjna, jako jedna z najgłębiej położonych w krakowskiej Twierdzy. Jeszcze kilka lat temu niedostępna, zalana wodą, obecnie prowadzi do fosy, gdzie polscy naukowcy po II wojnie światowej przeprowadzali eksperymenty  z pierwszymi polskimi rakietami meteorologicznymi.

            Fort „Krępak”

– na krakowskich Bielanach, powstał jako jeden z ostatnich tuż przed I wojną światową. Był to fort nowego typu tzw. rozproszonego, czyli część bojową oddzielono od koszarowej. „Krępak” jest dobrym punktem wyjściowym do spaceru do Lasku Wolskiego, gdzie można zobaczyć inne struktury związane z Twierdzą jak dawne szańce ziemne i magazyny amunicji. Fort ten nie jest przekształcony w obiekt muzealny, dlatego też jest udostępniany znacznie rzadziej, w przypadku większej grupy osób można go zwiedzić po uprzednim kontakcie mailowym.

            Fort 49a „Dłubnia”

– obiekt pancerny powstały w latach 1892-96. Chociaż nie brał czynnego udziału w walkach związana z nim jest ciekawa historia z okresu międzywojennego. Najprawdopodobniej tutaj znajdowała się radiostacja nasłuchowa, która przechwytywała meldunki nadawane przez Niemców w słynnym kodzie Enigma. Przechwycone meldunki posłużyły polskiemu kontrwywiadowi do złamania Enigmy. W przeciwieństwie do Fortu „Tonie”, Fort „Dłubnia” padł ofiarą oficjalnych wojskowych złomiarzy po II wojnie światowej, którzy doprowadzili do poważnych pęknięć konstrukcji. Obiekt ten można zwiedzać okazjonalnie.

            Fort 51 „Rajsko”

– fort artyleryjski, wzniesiono w 1874 roku, reprezentuje typ wcześniejszych fortyfikacji. W grudniu 1914 roku brał aktywny udział w obronie miasta przed atakiem armii rosyjskiej od strony Wieliczki. Rosjanie go wtedy ostrzelali.  Zwiedzanie tego fortu odbywa się na podobnych zasadach jak Forty „Krępak” i  „Dłubnia”.

            Fort 53a „Winnica”

– szósty z fortów Muzeum Twierdzy Kraków, to fort pancerny obrony bliskiej powstały w latach 1898-1899.  Fort ten wyróżnia się od pozostałych tym, że jest jednym w Krakowie typu górskiego tj. fortem gdzie fosę i poternę musiano wykuć w skale, na której wznosi się fort. Położony na zachodnich obrzeżach miasta Fort 53 a „Winnica” nie wziął udziału w walkach o Kraków. W latach II wojny światowej Niemcy mieli tu przetrzymywać jeńców z Armii Czerwonej. Fort ten podobnie jak Forty „Krępak”, „Dłubnia” i „Rajsko” udostępnia się rzadziej, w przypadku większej grupy zwiedzanie można zorganizować po uprzednim kontakcie mailowym.

Aktualne wyzwania

            Obecnie przed Muzeum Twierdzy Kraków stoi szereg wyzwań. Miasto oczekuje wysokich czynszów jak za przestrzeń komercyjną. Tymczasem na codzień trwają niekończące się prace konserwatorskie i dbanie o zieleń, gdyż współcześnie forty ze swoim bezpośrednim otoczeniem stały się małymi parkami, gdzie niezbędne jest  usuwanie zwalonych drzew, przycinanie hektarów trawy i krzaków.       

      Zainteresowanie fortami Muzeum jest coraz większe i dla wielu podróżujących jest to ciekawa propozycja na spędzenie czasu w Krakowie, z dala od najbardziej „zadeptanych” miejsc.

Posiadamy uprawnienia do oprowadzania po fortach: „Tonie” i „Barycz

Autor tekstu i zdjęć: Tomasz Walczyk (przewodnik po Krakowie i po wspomnianych fortach).

Zapraszamy do kontaktu: info@slowtravel.pl

Muzeum Twierdzy Kraków

 

 

 

Fort Tonie